Global Pedoland

 


Od ponad dekady straszliwa tajemnica wstrząsa najwyższymi szczeblami światowej władzy w cieniu – akta Epsteina. Za medialną i prawną fasadą kryje się zorganizowany system korupcji, szantażu i wykorzystywania seksualnego, zdolny chronić swoich sprawców, a jednocześnie manipulować instytucjami i rządami. To nie jest historia odizolowanego przestępcy, lecz międzynarodowej sieci, w której władza, pieniądze i bezkarność są nierozerwalnie ze sobą powiązane. Ostatnie rewelacje obnażają nie tylko niewypowiedziane zbrodnie, ale przede wszystkim czynny współudział międzynarodowych elit politycznych, gospodarczych i kulturalnych, które do tej pory unikały wszelkiej kary.

Stopniowe ujawnianie Akt Epsteina stanowi poważne polityczne trzęsienie ziemi w Stanach Zjednoczonych. Trzęsienie ziemi, którego fala uderzeniowa jest starannie amortyzowana, a nawet ukrywana, przez główne media. Jakby milczenie było formą ochrony. Jakby odwrócenie wzroku wystarczyło, by wymazać to, co te dokumenty ujawniają o istnieniu systemu, a nie tylko samotnego drapieżnika – zboczeńca.

Jeffrey Epstein i Ghislaine Maxwell zostali skazani za prowadzenie siatki handlu dziećmi w celach seksualnych. Siatki! To słowo jest kluczowe, ponieważ siatka nigdy nie działa sama. Obejmuje pośredników, opiekunów, klientów oraz czynny lub bierny współudział. W związku z tym pojawia się pytanie: kto skorzystał na tej siatce i dlaczego tak wiele nazwisk pozostaje nietkniętych?

Były izraelski oficer wywiadu Ari Ben-Menashe publicznie oświadczył, że Jeffrey Epstein i Ghislaine Maxwell działali jako narzędzia szantażu, działając na korzyść interesów państwa izraelskiego, poprzez nagrywanie przypadków molestowania seksualnego nieletnich w celu wywierania nacisków i kontrolowania amerykańskich i międzynarodowych osobistości politycznych. A u nas pewien sługus syjonizmu (ulokowany bardzo wysoko w rządzie) już oświadczył, że to „sprawka KGB”.

Fakt, że takie oskarżenia, pochodzące od byłego oficera wywiadu, nigdy nie doprowadziły do ​​poważnego, niezależnego śledztwa, lecz zostały natychmiast zmarginalizowane lub odrzucone, sam w sobie stanowi poważny problem. Gdyby bowiem te zarzuty były bezpodstawne, zostałyby obalone. Gdyby były prawdziwe, precyzyjnie wyjaśniałyby poziom bezkarności, milczenia i strachu, które wciąż otaczają sprawę Epsteina. Wyjaśniłyby również wyjątkową ochronę, jaką cieszył się Epstein, jego bardzo wysokie powiązania polityczne oraz systemowy charakter jego sieci.

To milczenie nie jest zwykłym zaniedbaniem; to strategia. W centrum tej sprawy leżą bowiem najskuteczniejsze dźwignie współczesnej dominacji – korupcja, szantaż, wykorzystywanie seksualne i nadużywanie władzy. Narzędzia te służą nie tylko zaspokajaniu przestępczych popędów, ale także kontroli, przymusowi i, przede wszystkim, kierowaniu. Archiwa te sugerują nie serię pojedynczych wykroczeń, lecz istnienie transnarodowego mechanizmu kontroli, w którym wykorzystywanie seksualne staje się bronią polityczną.

Zatem problem wykracza daleko poza samą sprawę Epsteina. Podważa on samą możliwość, że siatki pedofilskie służyły – i nadal służą – jako matryca międzynarodowych wpływów, krępując elity strachem, wstydem i współudziałem. Gdyby tak nie było, to po co podejmowane są takie wysiłki, by stłumić, ośmieszyć lub zdyskredytować jakiekolwiek poważne śledztwo w sprawie tych faktów?

Treść e-maili jest jednak wybuchowa. Dotyczy ona barwnej grupy postaci ze świata ekonomii, polityki i ideologii. Według tych relacji, Ariane de Rothschild – przedstawiana jako osoba, która ułatwiała rekrutację kobiet dla Epsteina i utrzymywała regularne kontakty z Macronem, który rzekomo zaprosił ją do Pałacu Elizejskiego – jest wśród nich. Przejrzystość dla słabych, omerta dla potężnych.

Dlaczego teraz?

Przede wszystkim moment jest wymowny. Dlaczego to masowe odtajnienie nastąpiło teraz, po ponad dekadzie instytucjonalnego milczenia, opóźnień prawnych i ignorowanych śledztw? Departament Sprawiedliwości USA nagle otworzył śluzy, a miliony stron, tysiące filmów i setki tysięcy zdjęć są publikowane pod pretekstem transparentności, zgodnie z ustawą o transparentności akt Epsteina, uchwaloną w listopadzie ubiegłego roku. Ta transparentność jest jednak względna, ponieważ dokumenty pozostają w dużej mierze ocenzurowane – ale wystarczająco ujawniają oszałamiający zakres politycznych, finansowych i dyplomatycznych powiązań Jeffreya Epsteina.

Trudno uwierzyć w zbieg okoliczności lub spóźnione moralne przebudzenie. Bardziej wiarygodną hipotezą jest strategiczne zatajanie tych plików, wykorzystywane jako dźwignia przeciwko skorumpowanym podmiotom. W tej grze o władzę informacje nie są ujawniane po to, by oświecać opinię publiczną, lecz by ją zniewalać, sprzymierzać i jeszcze bardziej podporządkowywać. Moralność służy jako pretekst, szantaż zaś jako metoda.

Ta spóźniona publikacja nabiera jeszcze bardziej niepokojącego wydźwięku w napiętym kontekście geopolitycznym, naznaczonym wahaniami Donalda Trumpa w kilku ważnych kwestiach strategicznych, w tym w sprawie ataku na Iran. Łatwo sobie wyobrazić, że Mossad i rząd Izraela próbują zmusić Trumpa do działania w tej sprawie. Można zatem zasadnie zapytać, czy te częściowe rewelacje nie są kolejną bronią w walce o władzę między frakcjami w amerykańskim rządzie a ich międzynarodowymi sojusznikami? A jeśli tak, to które frakcje decydują o czasie, treści… a przede wszystkim, co pozostanie na zawsze ukryte?

Bo być może najbardziej skandaliczne jest nie to, co zostaje ujawnione, ale to, co nadal jest starannie ukrywane. Kto wyznacza granice przejrzystości? Kto decyduje, które nazwiska zostaną ujawnione, a które pozostaną nietykalne? Dopóki te pytania pozostaną bez odpowiedzi, odtajnienie Akt Epsteina nie będzie aktem sprawiedliwości, a jedynie narzędziem politycznej dominacji przebranym za demokratyczną cnotę.

Taka sytuacja stwarza poważny, a nie drobny, lecz strukturalny problem: ogromne konflikty interesów, potencjalną ingerencję zagraniczną oraz przejęcie kontroli nad procesem decyzyjnym przez interesy prywatne. Kiedy wybrani urzędnicy lub osoby sprawujące funkcje suwerenne angażują się w nieformalne sieci wpływów powiązane z osobą uznaną obecnie za przestępcę, nie jest to już kwestia jednostkowego przewinienia, lecz bezpośredniego ataku na suwerenność narodową i legitymację demokratyczną.

Tę samą logikę stosuje się do innych postaci publicznych wymienionych w dokumentach jako ministrowie, byli urzędnicy europejscy, miliarderzy, mecenasi – wszyscy oni grawitują w tej samej sieci wpływów, gdzie pieniądze, władza i bezkarność są ze sobą powiązane.
Bo w tym systemie nic nie jest pozostawione przypadkowi, wszystko jest połączone, wszystko jest wzajemnie powiązane, wszystko jest chronione, zarówno na szczeblu krajowym, jak i międzynarodowym. To pomaga nam lepiej zrozumieć nieustanne ataki, którym system ten stawiał czoła od tamtej pory.

Sprawa Epsteina, poza osądzonymi przestępstwami, ostatecznie ujawnia istnienie instytucjonalnego systemu ochrony tak silnego, że sam w sobie staje się przestępstwem. Przez dziesięciolecia Jeffrey Epstein działał bezkarnie, mimo że został oznaczony, zidentyfikowany i udokumentowany. Ostrzeżeń nigdy nie brakowało. Brakowało jedynie woli działania. Na tym poziomie zrozumienia bezczynność nie jest już błędem, lecz decyzją polityczną i prawną.

Epstein nie prosperował pomimo systemu, ale dzięki niemu. Przerwane śledztwa, pozbawianie sprawców merytoryczności, niewytłumaczalna pobłażliwość! Wszystko wskazuje nie na awarię, ale na doskonale naoliwiony mechanizm neutralizacji sprawiedliwości. Kiedy państwo wie i postanawia nie działać, nie popełnia błędu; staje się współwinne. Dokumenty ujawniają również szokująco zimne dyskusje na temat międzynarodowego handlu nieletnimi, zorganizowanej logistyki i międzynarodowych rynków przestępczych. Wszystkie te elementy nie zostały jeszcze osądzone, ale ich skala, powtarzalność i spójność sprawiają, że każda próba ich bagatelizowania jest obsceniczna. W tym momencie powoływanie się na ostrożność nie jest już rygorystyczne; to strategia zaprzeczania.

Prawdziwym skandalem jest zatem nie tylko to, co zostało zrobione, ale to, co było tolerowane, tuszowane i grzebane. Błąd nie jest jednostkowy, lecz systemowy. I dopóki odpowiedzialność polityczna, sądowa i instytucjonalna nie zostanie w pełni ustalona, ​​sprawa Epsteina nie pozostanie zbrodnią przeszłości, lecz żywym dowodem porządku, który chroni swoich kosztem najsłabszych.

Przez dwadzieścia lat wszelkie próby potępienia istnienia zorganizowanych sieci pedofilskich były systematycznie odrzucane pod wygodnym pretekstem „teorii spiskowej”. Jednak już w latach 2000. wielu dziennikarzy publicznie poruszało kwestię zorganizowanej pedofilii, ostrzegając opinię publiczną o ignorowanych przypadkach, zapomnianych ofiarach i opóźnionych śledztwach. Co się wydarzyło od tamtej pory? Dlaczego te tematy zniknęły z medialnego krajobrazu, zostały przemilczane lub wyśmiane?

Prawda jest trucizną a rolą mediów nie jest już informowanie, lecz ochrona wpływowych, filtrowanie rzeczywistości i przekształcanie milczenia w normę. Zmowa między pieniędzmi, władzą i prasą tworzy ekosystem, w którym prawda jest tłumiona, a współudział zostaje zinstytucjonalizowany.

Nie da się uniknąć obserwacji: gdy media przestają śledzić wpływowych, przestają pełnić rolę przeciwwagi dla władzy. Media hojnie dotowane i zależne od rządów, przekształciły się w kanały propagandy i masowej dezinformacji, przestając informować, chronić społeczeństwo i ujawniać prawdę. Stały się narzędziami normalizacji milczenia, współwinnymi – czy im się to podoba, czy nie – systemu, który woli chronić swoje interesy i elity niż bronić sprawiedliwości i najsłabszych. Skandal tkwi nie tylko w tym, co zostało uciszone, ale w tym, że to milczenie zostało metodycznie zorganizowane, utrzymane i usystematyzowane.

Akta Epsteina, udokumentowana komunikacja i zeznania sprowadzają się do niepokojącego, wciąż nierozstrzygniętego pytania: w jaki sposób wybrani urzędnicy mogą zostać uwikłani w struktury przestępcze, których ochrona jest zapewniona na skalę międzynarodową?

Ale powaga sytuacji na tym się nie kończy. Ukryty lub jawny szantaż, któremu mogą zostać poddani, oferuje bardziej logiczne ramy dla zrozumienia katastrofy: utrata strategicznych gałęzi przemysłu na rzecz USA przez ponad dekadę, stopniowy upadek państw prowadzący do jego rozpadu w UE, masowy odpływ kapitału i nadmierne subsydia dla Ukrainy dla i tak już mocno zadłużonego kraju, a nawet bezsensowne decyzje geopolityczne, takie jak nieproporcjonalna pomoc dla niektórych wojen lub krajów – wszystkie znajdują tu możliwe wytłumaczenie. Nie jest to już jedynie skandal moralny czy prawny, ale prawdziwy kryzys suwerenności narodowej, w którym interesy kraju wydają się podporządkowane ograniczeniom międzynarodowej sieci, której siła opiera się na strachu, kompromisie i bezkarności.

Nie jest to odosobniony zarzut ani fantazyjna ekstrapolacja, lecz logiczna konsekwencja zbioru dokumentów i interakcji z ponad dziesięciu lat, zatajonych przez medialną ciszę i instytucjonalne przyzwolenie. Dopóki te powiązania nie wyjdą na jaw, dopóki nie będzie całkowitej przejrzystości, zachodni „ogród” będzie nadal postrzegany jako obszar, w którym bezkarność możnych ma pierwszeństwo przed ochroną najsłabszych.

Nikt tu nie nawołuje do medialnego linczu ani improwizowanej zemsty. Żąda się ujawnienia całej prawdy, dostępu do kompletnych, nieocenzurowanych akt, niezależnych i rzetelnie przeprowadzonych śledztw, komisji parlamentarnych, a przede wszystkim położenia kresu systemowej bezkarności zachodnich elit.

Bo jeśli te oskarżenia były bezpodstawne, skąd tak silny opór wobec całkowitej przejrzystości? Skąd ten obsesyjny odruch ukrywania, usuwania, opóźniania i kontrolowania publikacji dokumentów? Strach nie dotyczy tu zażenowania, lecz paniki tych, którzy wiedzą, że mają wiele do stracenia.

W Polsce mamy tzw. „aferę podkarpacką”, z którą nic się nie robi.

Wszystko wskazuje, że mechanizm działania Ukraińców, właścicieli sieci burdeli na Podkarpaciu jest identyczny do działalności siatki Epsteina. Czy nasi prominentni politycy mają szkielety w swoich szafach? Skoro ukraińscy bracia alfonsi byli związani z ukraińskim SBU to może to jest wytłumaczenie wyjątkowej uległości i życzliwości „sług Ukrainy”?

Do rozwikłania tej zagadki potrzebna jest komisja sejmowa. Polskie państwo ma pieniądze i czas na jakąś bzdurną komisję badającą „rosyjskie wpływy” (tak jakby inne państwa, w tym „sojusznicy” nie hasali po Polsce). Może więc znajdzie czas i pieniądze na komisję sejmową do zbadania „afery podkarpackiej”? Osobiście szczerze wątpię. Poleciałoby zbyt wiele ważnych głów a członkowie takiej komisji (jeśli w ogóle znaleźliby się chętni…) znajdowaliby na swojej drodze pełno skórek od banana.

Skandal Epsteina czy nasza afera podkarpacka wykraczają daleko poza sferę pojedynczych przestępstw. To moralny i instytucjonalny test dla naszych demokracji. A wyraźnie widać, że nasze instytucje zawodzą, nie z powodu słabości, ale ze względu na współudział i tolerancję dla sieci, która działa całkowicie bezkarnie. Dopóki ta sieć będzie chroniona, dopóki elity nie zostaną pociągnięte do odpowiedzialności, żadna demokracja nie będzie mogła twierdzić, że naprawdę funkcjonuje.

Jarek Ruszkiewicz 

Komentarze