Co roku w Monachium odbywa się rytuał, który z punktu widzenia antropologii politycznej zasługuje na osobną kategorię: zbiorowe unikanie rzeczywistości w warunkach luksusowych. Oficjalnie nazywa się to Munich Security Conference. W praktyce — jest to festiwal gładkich fraz, starannie dobranych metafor i nerwowego spoglądania w sufit, ilekroć rozmowa zaczyna zbliżać się do sedna spraw.
Tym sednem jest od lat ten sam problem, tylko coraz większy, coraz cięższy i coraz trudniejszy do ominięcia. Słoń skrada się między panelami, rozsiada się na podium, depcze notatki ekspertów i trąbi w mikrofony. A mimo to wszyscy zgodnie udają, że go nie widzą. Tym słoniem są Stany Zjednoczone — nie jako państwo, nie jako społeczeństwo, lecz jako model władzy, który trzeszczy, pęka ale wciąż domaga się braw.
W Monachium nie mówi się już o „amerykańskim przywództwie” wprost. Mówi się o „wyzwaniach”, „transformacji”, „nowej architekturze bezpieczeństwa”. To język ludzi, którzy wiedzą, że stary dom się wali, ale liczą, że jeśli będą wystarczająco długo mówić o remoncie, dach sam przestanie przeciekać.
Raport konferencji, opatrzony dramatycznym tytułem Under Destruction, sprawia wrażenie odważnego — do momentu, gdy czytelnik zauważa, że destrukcja jest zawsze bezpodmiotowa. Coś się psuje. Coś się rozpada. Coś niszczy porządek międzynarodowy. Tylko nikt nie chce powiedzieć kto, jak i dlaczego. To trochę tak, jakby pisać raport o pożarze, konsekwentnie unikając słowa „ogień”.
Bo w Monachium wolno krytykować wszystko oprócz fundamentu. Wolno mówić o Rosji, Chinach, populizmie, dezinformacji, klimacie, migracji, sztucznej inteligencji. Wolno mówić o „zagrożeniach hybrydowych” — to słowo jest szczególnie wygodne, bo nic nie znaczy i pasuje do wszystkiego. Nie wolno natomiast powiedzieć na głos, że amerykańska hegemonia stała się czynnikiem destabilizującym, a nie stabilizującym. To zdanie wciąż uchodzi za niegrzeczne.
Zamiast tego mamy teatr troski. Europejscy przywódcy mówią o „partnerstwie transatlantyckim”, jednocześnie coraz wyraźniej zdradzając, że nie wiedzą, czy partner jutro wstanie z łóżka w tym samym nastroju co dziś. Amerykańscy delegaci zapewniają o „niezachwianym zaangażowaniu”, co brzmi jak obietnica składana przez kogoś, kto już pakuje walizki, ale nie chce psuć kolacji.
Całość przypomina spotkanie rodzinne, na którym wszyscy wiedzą, że głowa rodu ma poważny problem, ale zamiast zapytać wprost, rozmawiają o pogodzie i wspominają „dawne, dobre czasy”. Wszyscy są zgodni co do jednego: nie wyciągajmy tego teraz, bo to zepsuje atmosferę. Tyle że polityka międzynarodowa nie działa na zasadzie atmosfery. Działa na zasadzie siły, interesu i zdolności do samokorekty. A Monachium pokazuje, że Zachód — a zwłaszcza Europa — utracił zdolność do jednej rzeczy: nazwania problemu po imieniu.
Najbardziej ironiczne jest to, że konferencja bezpieczeństwa coraz mniej mówi o bezpieczeństwie, a coraz więcej o utrzymaniu narracji. O tym, jak sprawić, by świat nadal wierzył, że centrum sterowania jest stabilne, nawet jeśli wszystkie kontrolki migają na czerwono. Że system działa, nawet jeśli kolejne wojny, sankcje i kryzysy pokazują, że działa głównie siłą rozpędu. W tym sensie Monachium nie jest miejscem debaty, lecz miejscem konserwacji mitu. Mitu o Zachodzie jako racjonalnym zarządcy świata. Mitu o USA jako niezbędnym gwarancie ładu. Mitu o tym, że jeśli coś idzie źle, to na pewno dlatego, że ktoś inny „nie przestrzega zasad”.
A słoń? Słoń stoi pośrodku sali, coraz bardziej zirytowany, coraz mniej cierpliwy. I coraz mniej skłonny udawać, że go nie ma. Problem w tym, że kiedy w końcu wszyscy go zauważą, będzie już za późno na eleganckie raporty i panelowe dyskusje. Bo świat nie czeka, aż Monachium znajdzie właściwe słowa. Świat już dawno zaczął przestawiać meble.
Monachijska Konferencja Bezpieczeństwa 2026 przejdzie więc do historii nie jako moment przełomu, lecz jako kolejna perfekcyjnie zorganizowana próba opóźniania nieuniknionego.
W tej monachijskiej opowieści jest jeszcze jedna scena, do której nikt nie lubi wracać, bo psuje narrację o „niesprowokowanej rosyjskiej agresji” i „nieprzewidywalnym zwrocie historii”. Scena sprzed niemal dwóch dekad. Ta sama sala. Ci sami ludzie. Ten sam format. I jedno przemówienie, które dziś brzmi jak raport sekcyjny Zachodu napisany z wyprzedzeniem.
W 2007 roku, na Munich Security Conference, Władimir Putin zrobił coś, co w dyplomacji uchodzi za nietakt najwyższej kategorii: powiedział wprost, co myśli. Bez eufemizmów. Bez troski o atmosferę. Oświadczył, że jednobiegunowy świat pod amerykańską dominacją jest niestabilny, agresywny i skazany na konflikt. Że rozszerzanie NATO ignoruje realne interesy bezpieczeństwa innych państw. Że Zachód myli reguły z przywilejami, a porządek z hegemoniczną wygodą.
Sala zareagowała dokładnie tak, jak reaguje Zachód, gdy słyszy coś niewygodnego: z mieszaniną protekcjonalnego uśmiechu i moralnego oburzenia. Putin został zaklasyfikowany natychmiast — nie jako rozmówca, nie jako ostrzegający, lecz jako „problem komunikacyjny”. Człowiek, który „nie rozumie zasad”. Ktoś, kto „mówi językiem XIX wieku”. W najlepszym wypadku — relikt. W najgorszym — zapowiedź kłopotów, które i tak „da się ogarnąć”.
I tu zaczyna się ironia, która dziś powinna palić w oczy. Bo wszystko, co Putin wtedy powiedział — co do struktury, nie co do intencji — okazało się trafną diagnozą. Jednobiegunowość rzeczywiście nie przyniosła stabilności.
Ekspansja instytucji wojskowych rzeczywiście wygenerowała poczucie zagrożenia. Zachód rzeczywiście nie potrafił rozmawiać w kategoriach równowagi interesów, tylko w kategoriach moralnej wyższości. A dialog rzeczywiście został zastąpiony serią faktów dokonanych.
Zachód nie odpowiedział na to przemówienie dialogiem. Odpowiedział lekceważeniem. A lekceważenie w polityce międzynarodowej jest tylko inną formą eskalacji — wolniejszą, bardziej elegancką, ale równie skuteczną.
Gdyby wtedy, w 2007 roku, potraktowano to wystąpienie nie jako akt wrogości, lecz jako sygnał alarmowy, historia ostatnich lat mogłaby wyglądać inaczej. Nie dlatego, że Putin „miał rację we wszystkim”. Ale dlatego, że miał rację w jednym kluczowym punkcie: system bezpieczeństwa zbudowany bez uwzględnienia interesów jednego z głównych aktorów nie jest systemem bezpieczeństwa, tylko zawieszeniem konfliktu w czasie.
Tymczasem Zachód zrobił to, co robi najlepiej: uznał, że skoro ma przewagę, to ma też rację. Że jeśli ktoś kwestionuje reguły, to dlatego, że „nie dorósł”. Że dialog jest potrzebny tylko wtedy, gdy druga strona zgadza się z założeniami.
W tym sensie wojna na Ukrainie nie była „nagłym zerwaniem porządku”, lecz konsekwencją lat systematycznego ignorowania ostrzeżeń. Nie tylko rosyjskich, ale wszystkich, którzy mówili, że bezpieczeństwo nie da się zbudować jednostronnie. Że rozszerzanie stref wpływów bez rozmowy o granicach prowadzi nie do pokoju, lecz do konfliktu.
I dziś, niemal dwadzieścia lat później, Monachium znów zbiera się, by debatować o bezpieczeństwie — nadal unikając najważniejszego pytania: czy Zachód jest zdolny do uznania, że mógł się mylić? Bo jeśli nie jest, to kolejne raporty, kolejne konferencje i kolejne moralne deklaracje nie zapobiegną następnym konfliktom. Będą tylko dokumentować proces, który Putin opisał w 2007 roku z brutalną szczerością — i który Zachód postanowił zignorować, bo nie pasował do narracji o końcu historii.
A historia, jak wiadomo, ma wyjątkowo złośliwe poczucie humoru wobec tych, którzy uważają, że już jej nie potrzebują.
Jarek Ruszkiewicz

Komentarze
Prześlij komentarz