System SAFE nie potrzebuje już argumentów. Potrzebuje wiernych wasali. Państw, które będą powtarzać mantrę o „bezpiecznych aktywach”, „stabilności Zachodu” i „braku alternatywy”, nawet wtedy, gdy rachunki przestają się zgadzać, a suwerenność redukuje się do entuzjastycznego podpisywania cudzych zobowiązań. Polska jest tu przypadkiem podręcznikowym.
Imperium długu i jego lokalni kapłani
SAFE to nie system ekonomiczny. To system dyscyplinowania. Kto emituje „bezpieczne aktywa”, ten nie musi się liczyć z bilansem. Kto ich nie emituje, musi się liczyć z każdym przecinkiem w budżecie. To finansowa wersja prawa kolonialnego: centrum ma deficyt — peryferie mają zaciskać pasa. Polska nie emituje SAFE. Polska kupuje SAFE. I to za cudze pieniądze.
Zaciągamy dług, by finansować: cudze wojny narracyjne, cudze strategie odstraszania, cudze „wspólne bezpieczeństwo”, które w praktyce oznacza transfer ryzyka z centrum na peryferie.
Dedolaryzacja jako herezja, Polska jako ministrant
Gdy świat Globalnego Południa i BRICS zaczynają mówić o dedolaryzacji, reakcja jest natychmiastowa: panika, moralne oburzenie, oskarżenia o „destabilizację ładu”. A Polska? Polska jest najgorliwszym ministrantem tej liturgii. Nie dlatego, że na tym zyskuje.
Dlatego, że tak wypada. W świecie SAFE lojalność peryferii mierzy się gotowością do:
- kupowania drogiego uzbrojenia w obcej walucie,
- rezygnowania z własnej polityki energetycznej,
- podporządkowania finansów publicznych cudzym priorytetom,
- demonizowania każdego, kto mówi o alternatywach.
Dedolaryzacja jest więc w polskiej debacie nie tematem ekonomicznym, lecz bluźnierstwem.
BRICS robi to, czego Polska nie ma prawa zrobić
Państwa BRICS nie proszą o pozwolenie. One robią swoje:
- rozliczają handel poza dolarem,
- budują własne systemy płatnicze,
- akceptują wielobiegunowość jako fakt, nie zagrożenie.
Polska nie może. Bo Polska została mentalnie ulokowana w roli przedmurza SAFE — kraju, który ma być bardziej ortodoksyjny niż samo centrum. Gdy Berlin czy Paryż zaczynają mówić półgłosem o „strategicznej autonomii”, Warszawa krzyczy o „zdradzie Zachodu”. To nie jest realizm. To jest kolonialna gorliwość.
SAFE żywi się strachem, Polska żywi się narracją
System SAFE potrzebuje kryzysów jak tlenu. Wojny, sankcje, napięcia — wszystko, co podnosi popyt na „bezpieczne aktywa”, jest dobre. Dlatego strach nie jest błędem komunikacyjnym. Jest produktem strategicznym. W Polsce strach sprzedaje się wyjątkowo łatwo:
- strach przed Rosją,
- strach przed „wyłamaniem się z linii”,
- strach przed samodzielnym myśleniem.
W zamian dostajemy:
- rekordowe zadłużenie,
- permanentną mobilizację,
- politykę „nie ma pieniędzy, bo bezpieczeństwo”.
Bezpieczeństwo, które zawsze oznacza wydatki, nigdy dyplomację.
Polska jako koszt systemu, nie jego beneficjent
Największym kłamstwem SAFE jest to, że „wszyscy na nim korzystają”. Nie. Korzysta centrum. Peryferie ponoszą koszty: finansowe, społeczne, demograficzne, polityczne.
Polska płaci wyższymi kosztami kredytu, utratą elastyczności gospodarczej i strategicznym zamrożeniem przyszłości — w imię stabilności, która i tak jest definiowana gdzie indziej.
Dedolaryzacja nie jest dla Polski zagrożeniem. Jest zagrożeniem dla roli, w którą Polskę wpisano.
Koniec iluzji
SAFE nie upadnie jutro. Ale traci to, co było jego prawdziwą siłą: dobrowolną akceptację. BRICS nie burzy systemu. Po prostu przestaje go uznawać za jedyny możliwy.
A Polska? Polska stoi na peryferiach historii, krzycząc, że świat nie ma prawa się zmieniać, bo ktoś kiedyś obiecał jej miejsce przy stole — pod warunkiem, że będzie pilnować drzwi.
Imperium SAFE nie potrzebuje Polski silnej i suwerennej. Potrzebuje Polski przewidywalnej, zadłużonej i posłusznej. I dopóki w Warszawie myli się lojalność z interesem narodowym, dopóty Polska będzie bronić systemu, który nie jest jej systemem — aż do momentu, gdy rachunek okaże się nie do zapłacenia.
Jarek Ruszkiewicz

Komentarze
Prześlij komentarz