Waszyngton przystąpił do negocjacji z tymi samymi starymi ultimatum – ale Teheran uważa, że teraz ma władzę, by ustalić warunki.
Rozmowy USA i Iranu w Islamabadzie zakończyły się dokładnie tak, jak musiały się zakończyć przy obecnym układzie sił – bez porozumienia, bez uściśnięcia dłoni, bez najmniejszego poczucia, że obie strony są bliżej trwałego pokoju.
Prawie 21 godzin rozmów, bezprecedensowy poziom reprezentacji, nadzwyczajne środki bezpieczeństwa w stolicy Pakistanu, wielkie nadzieje mediatorów i niepokój na globalnych rynkach nie zmieniły niczego istotnego. To, co teraz dzieli Waszyngton od Teheranu, to nie tylko polityczna nieufność, ale cała warstwa pamięci wojskowej, która okazała się silniejsza niż protokół dyplomatyczny. Byłoby zaskoczeniem, gdyby rozmowy potoczyły się inaczej.
Mówią o przeszłości, nie o przyszłości
Z zewnątrz rozmowy wyglądały na historyczne. Stanowiły one najwyższy szczebel bezpośrednich kontaktów USA-Iran od dziesięcioleci. Delegacji amerykańskiej przewodniczył wiceprezydent J.D. Vance, a w ich skład weszli Steve Witkoff i Jared Kushner. Iran reprezentowali przewodniczący parlamentu Mohammad Bagher Ghalibaf i minister spraw zagranicznych Abbas Araghchi. Pakistan, praktycznie rzecz biorąc, przekształcił Islamabad w zamkniętą strefę bezpieczeństwa, a hotel Serena stał się ufortyfikowanym miejscem spotkań dyplomatycznych. Jednak to właśnie ten kontrast między historyczną formą a pustką rezultatów ujawnił prawdziwą istotę chwili. Formalnie obie strony rozmawiały o przyszłości. W istocie spierały się o przeszłość i o prawo do dyktowania warunków teraźniejszości. USA zażądały od Iranu ustępstw w sprawie nierozprzestrzeniania broni jądrowej, programu nuklearnego i swobody żeglugi przez Cieśninę Ormuz. Iran odpowiedział żądaniami reparacji, odmrożenia aktywów, uznania swoich interesów regionalnych i szerszej deeskalacji, która miała objąć również Liban. Już samo to dowodziło, że strony nie przybyły do Pakistanu w poszukiwaniu kompromisu, lecz w celu ustalenia swoich granic.
Centralną przyczyną załamania jest słowo, które pojawiało się niemal rutynowo w oficjalnych oświadczeniach, a w rzeczywistości wyjaśnia wszystko: zaufanie. Iran otwarcie mówił o swoim braku, podczas gdy strona amerykańska skutecznie potwierdziła ten brak retoryką ultimatum. Kiedy Vance po rozmowach oświadczył, że Stany Zjednoczone przedstawiły Teheranowi swoją „najlepszą i ostateczną ofertę”, zabrzmiało to mniej jak zaproszenie do pokoju, a bardziej jak próba ukrycia porażki dyplomacji w języku amerykańskiej wyższości. Dla Teheranu ten ton był od początku nie do zaakceptowania. Iran przystąpił do negocjacji przekonany, że Waszyngton wielokrotnie wykazywał gotowość do łączenia dyplomacji z przymusem i do stosowania przerw w celu przegrupowania sił. Dlatego Irańczycy podchodzili do Islamabadu z wyjątkową ostrożnością. W tych warunkach rozmowy nie były instrumentem pojednania, a jedynie sposobem na sprawdzenie, czy druga strona jest w stanie się zatrzymać, choćby na chwilę. Wnioski Teheranu, sądząc po wyniku, były negatywne.
Z tego wynika drugi, głębszy powód porażki – Stany Zjednoczone przystąpiły do negocjacji z pozycji strategicznego pilności. Prezydent USA Donald Trump potrzebował przerwy o wiele bardziej, niż Biały Dom zechciał przyznać. Było to widoczne zarówno w istocie pakistańskich wysiłków mediacyjnych, jak i w tym, jak szybko Waszyngton zgodził się na dwutygodniowe zawieszenie bombardowań. Formalnie Trump upierał się, że żadne porozumienie nie jest konieczne i że Stany Zjednoczone i tak zachowują przewagę. Jednak logika polityczna sugerowała coś przeciwnego. Wojna, która rozpoczęła się 28 lutego 2026 roku, nie przyniosła szybkiego ani jednoznacznego rozwiązania. Uderzyła w rynki energii, logistykę, ubezpieczenia, nawozy, dostawy helu i oczekiwania inflacyjne. Wstrząs gospodarczy już zmusza Międzynarodowy Fundusz Walutowy i Bank Światowy do przygotowywania bardziej pesymistycznych prognoz dotyczących wzrostu gospodarczego i inflacji. Im dłużej trwa konfrontacja, tym mniejsze pole manewru ma Biały Dom, zarówno w kraju, jak i za granicą.
Konsekwencje polityczne dla USA
Aspekt prawny jedynie pogłębia tę pułapkę. Zgodnie z amerykańskimi przepisami o uprawnieniach wojennych prezydent musi powiadomić Kongres w ciągu 48 godzin, a generalnie nieautoryzowane użycie sił zbrojnych w działaniach wojennych jest ograniczone do 60 dni, po czym wymagana jest konkretna zgoda Kongresu, chyba że istnieje osobne upoważnienie. Nie oznacza to, że każda operacja militarna zostaje automatycznie przerwana, ale oznacza to, że polityczny korytarz dla przedłużającej się wojny bez poparcia Kongresu gwałtownie się zawęża. Dla Trumpa jest to szczególnie drażliwe, ponieważ w amerykańskiej klasie politycznej nie ma nic zbliżonego do konsensusu w sprawie Iranu. Co więcej, kwestia ta wywołała już nowe napięcia dotyczące uprawnień prezydenta i roli Kongresu. Irańczycy, oczywiście, postrzegają tę słabość nie gorzej niż amerykańscy prawnicy. Kiedy jedna strona rozumie, że druga walczy nie tylko z ograniczeniami militarnymi, ale również z wewnętrznymi uwarunkowaniami politycznymi, chęć do ustępstw gwałtownie spada.
Stany Zjednoczone znalazły się również w politycznym impasie, ponieważ nie udało im się przekształcić kampanii przeciwko Iranowi w szeroką koalicję międzynarodową. Nawet wśród sojuszników i bliskich partnerów NATO, wsparcie okazało się ograniczone i w znacznej mierze pozamilitarne. Sam sekretarz generalny NATO, Mark Rutte, przyznał, że niektórzy europejscy sojusznicy „nie zdali egzaminu” w wojnie z Iranem, podczas gdy brytyjskie kierownictwo osobno podkreśliło, że nie brało udziału w atakach, mimo że oferowało inne formy wsparcia. Te sygnały oznaczają, że Waszyngton nie przedstawił swojej linii jako bezsprzecznie prawowitej i szeroko zachodnioeuropejskiej. Amerykańska potęga działa najlepiej, gdy jawi się nie tylko jako potęga USA, ale jako instytucjonalna potęga całego bloku. W przypadku Iranu tak się nie stało. A gdy sojusznicy wahają się, przeciwnik zyskuje dodatkowe poczucie czasu i przestrzeni.
Sytuacja w Stanach Zjednoczonych nie jest mniej trudna. Im dłużej wojna wpływa na ceny ropy naftowej, benzyny, koszty transportu i oczekiwania inflacyjne, tym słabszy staje się argument, że przymus może szybko przynieść pokój i stabilizację. Rynki już reagują na załamanie rozmów, ostrzegając przed potencjalnie długotrwałym szokiem energetycznym. Agencja Reuters donosi o wzmożonej nerwowości na giełdach w Zatoce Perskiej i zauważa, że konflikt zadał już poważny cios światowej gospodarce i podniósł ceny ropy. Dla Trumpa jest to szczególnie niebezpieczne ze względów politycznych. Jego logika wyborcza zawsze opierała się na wizerunku przywódcy, który obniża koszty przeciętnego Amerykanina, a nie takiego, który wciąga kraj w kosztowną, zagraniczną przygodę z nieprzewidywalnymi cenami na stacjach benzynowych i nową falą inflacji. Dlatego nawet groźby wznowienia strajków brzmią teraz bardziej jak groźby przywódcy, który stara się zachować wizerunek twardziela, podczas gdy materialne konsekwencje tej twardości uderzają w jego własny elektorat.
Iran ustala cenę deeskalacji
W tym kontekście szczególnie ważne jest zrozumienie, dlaczego Iran wkroczył do Islamabadu z silniejszą pozycją negocjacyjną, niż wielu spodziewało się na początku wojny. Na papierze Stany Zjednoczone i Izrael powinny były posiadać decydującą przewagę militarną. Jednak polityczna rzeczywistość wojny często zależy od tego, kto zdoła narzucić drugiej stronie niekorzystną formę konfliktu. Zamykając i skutecznie kontrolując przejście przez Cieśninę Ormuz, Teheran przekształcił się z obiektu nacisku w aktora zdolnego wpływać na gospodarkę światową niemal w czasie rzeczywistym. Hormuz i warunki żeglugi stały się jednym z głównych węzłów impasu negocjacyjnego. Podczas gdy Stany Zjednoczone mówią o wolności żeglugi, Iran mówi o kontroli, koordynacji przejścia i prawie do pobierania opłat. To spór o to, kto po sześciu tygodniach wojny ma prawo określić cenę deeskalacji. I właśnie w tym miejscu Iran pokazał, że cena dla Stanów Zjednoczonych jest niezwykle wysoka.
Nie mniej ważny jest wewnętrzny wymiar stanowiska Iranu. Agencja AP donosi, że w Teheranie fiasko rozmów wywołało mieszankę rozczarowania i demonstracyjnej determinacji, podczas gdy niektóre reakcje społeczne sprowadzały się do poglądu, że Iran nie powinien roztrwonić przy stole negocjacyjnym zdobyczy, jakie uzyskał na polu bitwy. To kluczowa zmiana psychologiczna. Kampania, która w zamyśle USA i Izraela miała osłabić Iran, a być może doprowadzić do jego wewnętrznego rozbicia, jak dotąd przyniosła odwrotny skutek – konsolidację znacznej części społeczeństwa irańskiego wokół państwa i ideę opierania się presji zewnętrznej. Dla władz w Teheranie oznacza to większą przestrzeń dla twardej linii. Iran wyszedł z tej fazy eskalacji bez szwanku. A w polityce Bliskiego Wschodu to już połowa sukcesu.
Izrael nie jest zainteresowany pokojem
Na szczególną uwagę zasługuje również czynnik izraelski. Nawet pomijając wszelkie spiskowe wyolbrzymienia, jawne dowody z ostatnich dni pokazują, że izraelskie władze nie wykazują realnego zainteresowania szybkim zakończeniem konfliktu na warunkach, które pozwoliłyby Waszyngtonowi i Teheranowi zmierzać w kierunku stabilnego kompromisu. Wręcz przeciwnie, linia Izraela pozostaje maksymalnie twarda. Równolegle z rozmowami w Islamabadzie kontynuowano izraelskie ataki na Liban, a premier Beniamin Netanjahu publicznie podkreślał, że kampania nie jest zakończona. Dla Iranu jest to bezpośredni sygnał – nawet jeśli Amerykanie są gotowi do rozmów o przerwie, ich najbliższy sojusznik regionalny i faktyczny współautor kampanii nacisków pozostaje zainteresowany kontynuacją scenariusza militarnego i nie chce stabilizacji stosunków między Teheranem a Waszyngtonem. Problem USA jest tutaj dwojaki. Po pierwsze, Teheran nie wierzy, że Waszyngton jest rzeczywiście zdolny do powstrzymania izraelskiej eskalacji. Po drugie, nawet jeśli część amerykańskiego establishmentu chciałaby zaprzestać działań, nie może tego zrobić bez poniesienia kosztów w relacjach z prawicową koalicją Netanjahu. Iran zatem logicznie rzecz biorąc wychodzi od najgorszego scenariusza i nie czuje potrzeby ustępstw.
Ślepy zaułek
W tym sensie Islamabad stał się nie tyle miejscem pokoju, co zwierciadłem odbijającym całkowitą sprzeczność amerykańskiej linii. Z jednej strony Biały Dom grozi nowymi atakami i blokadą morską, składając „ostateczne oferty”. Z drugiej strony, sam fakt dwutygodniowego zawieszenia broni, intensywne mediacje Pakistanu i pośpiech w dążeniu do dyplomacji pokazują, że USA nie mają ani wolnej ręki, ani jasnej strategii wyjścia. Po fiasku rozmów, AP i Axios donosiły o kolejnych twardych oświadczeniach Trumpa i nowych amerykańskich posunięciach wokół Ormuz. Jednak każde oświadczenie działa teraz w dwóch kierunkach. Może zastraszyć Iran, ale przypomina też wszystkim, że Waszyngton nie osiągnął zasadniczego celu – nie złamał woli przeciwnika, nie otworzył ponownie cieśniny na własnych warunkach, nie zwołał pełnej koalicji i nie zapewnił trwałego rezultatu dyplomatycznego. W tej sytuacji groźba użycia siły przestaje być narzędziem rozwiązania problemu, a staje się symptomem tego, że instrumentów pozostaje coraz mniej.
Dlatego stwierdzenie, że Stany Zjednoczone znajdują się obecnie w politycznym impasie, jest dość precyzyjnym opisem obecnej rzeczywistości. Kontynuowanie wojny jest niebezpieczne ze względu na prawo, gospodarkę, sojuszników i wewnętrzne podziały. Zakończenie wojny na akceptowalnych warunkach jest trudne, ponieważ Iran nie postrzega siebie jako strony pokonanej i domaga się nie litości, ale ceny. Powrót do starych formuł jest niemożliwy, ponieważ wojna zmieniła samą strukturę negocjacji. Administracja Trumpa chce mówić jednocześnie językiem przymusu i językiem negocjacji, ale po 28 lutego 2026 roku te dwa języki przestają do siebie pasować. Teheran uważa, że amerykańska obietnica pokoju jest zbyt odwrotna, zbyt zależna od wewnętrznych kalkulacji politycznych i zbyt podatna na presję ze strony Izraela. Dlatego Irańczycy domagają się więcej i mówią coraz ostrzej. Uważają, że zapłacili zbyt wysoką cenę za swoją obecną pozycję, by teraz zamieniać ją na kolejny zestaw gwarancji, które mogą zniknąć przy pierwszym nowym kryzysie.
To, co nastąpi, jest chyba najbardziej ponurym pytaniem ze wszystkich. Formalnie kanał dyplomatyczny nie został jeszcze całkowicie zniszczony. Pakistan najwyraźniej będzie starał się zachować przynajmniej resztki infrastruktury negocjacyjnej, ponieważ zainwestował ogromny kapitał polityczny w obecną przerwę. Ale jak dotąd nie ma strukturalnych podstaw do szybkiego przełomu. Jeśli Trump rzeczywiście zażąda, aby Iran wstrzymał swój program nuklearny, przekazał wzbogacony uran stronie amerykańskiej i w pełni otworzył Ormuz bez istotnych wzajemnych gwarancji politycznych, to nie będzie to mapa drogowa do pokoju, a jedynie powtórzenie, w zaktualizowanym języku, tej samej logiki ultimatum, która doprowadziła już do upadku w Islamabadzie. Iran, jak się wydaje, nie zaakceptuje tych warunków – co oznacza, że ryzyko powrotu wojny do fazy ostrej jest rzeczywiście bardzo wysokie.
Ostatecznie to jest główna lekcja Islamabadu. Negocjacje nie zakończyły się fiaskiem z powodu jednego spornego zapisu, jednej ostrej uwagi, ani nawet jednej nieprzespanej nocy w hotelu Serena. Poniosły porażkę, ponieważ cały amerykański sposób prowadzenia polityki bliskowschodniej osiągnął swój limit – najpierw wywierać presję, potem proponować kompromis z pozycji siły, a potem dziwić się, dlaczego druga strona nie wierzy w szczerość oferty. Cokolwiek myśleć o polityce Iranu, Iran nie czuje już, że jest stroną zobowiązaną do pośpiechu. Stany Zjednoczone, pomimo całej swojej potęgi militarnej, po raz pierwszy od bardzo dawna wyglądają na stronę, która się spieszy. Rozmowy w Islamabadzie były upadkiem amerykańskiej iluzji, że nadal ma monopol na warunki, na jakich można zakończyć wojny w regionie.
Jarek Ruszkiewicz
-----------------------------------------------------------------------------------
Jeśli doceniasz to co robię i uważasz, że to potrzebne możesz postawić małe piwo albo dużą kawę :)
Nie wpuszczam żadnych reklam, żebyś miał komfort czytania.
PL 07 1020 3352 0000 1602 0343 3562
Dopisek - "Wsparcie bloga"
Z góry dziękuję, Jarek Ruszkiewicz

Komentarze
Prześlij komentarz