Czy Polska wpadnie pod "rosyjski pociag"?

 


Na sam początek chciałbym postawić może troszeczkę kontrowersyjną tezę, że przestaliśmy się bać mocarstw. Bo Rosja ma troszeczkę słaby PR ostatnio. Jeżeli chodzi o Stany Zjednoczone też wszyscy zaczynają pokazywać, że grają jej na nosie . Czy zmienia się kierunek świata? 

Kuba zagroziła Stanom Zjednoczonym – zbombarduje Miami, jak zaczną im psocić. Ale czy to nie jest tak, że właśnie cały ten konflikt na Ukrainie, znaczy ta akcja specjalna, która miała trwać w zasadzie dwa tygodnie. Ta akcja specjalna USA, która miała trwać też chwilę i się przedłużyła, i w zasadzie Stanom Zjednoczonym nie wydaje mi się, żeby coś ugrały, bardziej na tym straciły. 

I dla całego świata zrobiły drogą ropę. Czy to pokazuje takim małym państwom, na przykład jak Kuba, że możemy sobie grać na nosie tym wielkim mocarstwom? Czy zmienia się świat, który znamy? 

Zacznijmy od tych pierwszych słów o tym, że operacje specjalne miały tak krótko trwać. To jest jeden z największych mitów, to jest jedna z największych dezinformacji, którą udało się skutecznie wtłoczyć w przestrzeń medialną. To pojęcie trzydniowej operacji specjalnej rosyjskiej. Bardzo uważnie śledzę wypowiedzi rosyjskich polityków, generałów, rosyjską prasę, media i literaturę naukową, i nie znam żadnej wypowiedzi rosyjskiego generała, polityka, który by powiedział o tym, że wojskowa operacja specjalna, SWO, jak oni to określają – ma potrwać trzy dni. Każdy może to sobie szybko zweryfikować, takiej wypowiedzi po prostu nie było.

To jest wypowiedź amerykańskiego generała, który się nazywa Mark Milley. To jest amerykański generał, który jeszcze przed rozpoczęciem drugiej fazy wojny na Ukrainie straszył kongresmenów na niejawnym briefingu, że rosyjski atak może się zakończyć w trzy dni zajęciem Kijowa. I to są słowa amerykańskiego generała, a nie założenia strategiczne Federacji Rosyjskiej. Oczywiście wiemy, że trwa to, co się w mediach nazywa wojną informacyjną, że bardzo aktywne są działania SOPS, czyli psychological operations, operacji psychologicznych. Są specjalne jednostki wojskowe i w Federacji Rosyjskiej, i na Ukrainie, i w Stanach Zjednoczonych, i w Polsce, które zajmują się tego typu działaniami. W Polsce taka jednostka, podległa zresztą Dowództwu Wojsk Specjalnych, znajduje się w Bydgoszczy, więc tutaj nie ma się co dziwić, że tego typu informacje są. 

Natomiast co do operacji amerykańskiej, no to tu też nikt nie mówił, że to będzie trzydniowa operacja. Takich informacji nie było, choć pojawiały się bardzo istotne ostrzeżenia chociażby ze strony generała, szefa Kolegium Połączonych Szefów Sztabów, który ostrzegał prezydenta Donalda Trumpa, ostrzegał Pete'a Hegsetha, czyli sekretarza... no wojny, według tej nowej terminologii, wcześniej sekretarza obrony, że to nie będzie taka operacja jak przeciwko Wenezueli 3 stycznia 2026 roku. Przed tym ostrzegał, że to nie będzie na tej zasadzie, że albo powtórka z 22 czerwca 2025 roku.  Tylko przypomnę, że tam był taki szybki nalot amerykański, bombowce B-2, i miejscowości, miasta Fordow, Isfahan i Natanz zostały zbombardowane. Rzekomo miały zostać porażone instalacje nuklearne, miał zostać wyeliminowany program nuklearny Iranu, no ale wiemy, że nie został i stąd właśnie ta agresja izraelsko-amerykańska na Iran 28 lutego. 

Prawda jest taka, że nikt przy zdrowych zmysłach nie zakładał, że te cele strategiczne, które Amerykanie i władze Izraela wyznaczyły, da się zrealizować w krótkim czasie. Bo tym pierwszym, najważniejszym celem, który miał Izrael i Stany Zjednoczone, i który powtarzał do znudzenia Netanjahu – oczywiście powtarzał też Donald Trump, Pete Hegseth, Marco Rubio, Bezalel Smotricz, Ben-Gwir, no cała czołówka można powiedzieć tych ludzi, którzy rządzą odpowiednio i Stanami Zjednoczonymi, Izraelem to była zmiana systemu politycznego Islamskiej Republiki Iranu, odwrócenie skutków rewolucji 1979 roku. I w takiej, powiedzmy, świetlistej perspektywie, w takiej optymistycznej dla Izraela, nawet przyłączenie Iranu do porozumień abrahamowych, tych z 2020 roku, czyli tych krajów islamskich, które normalizują relacje z państwem Izrael mimo wcześniejszych bardzo istotnych napięć.No i ta tak zwana, w cudzysłowie, „zmiana reżimu” w Teheranie w oczywisty sposób się nie powiodła. Doszło do spetryfikowania tej władzy, doszło do jej zabetonowania, do jej konsolidacji wokół sztandaru. Mimo tego, że doszło do tak zwanych ataków dekapitacyjnych, bo Izrael i Stany Zjednoczone od pierwszego dnia wojny, od 28 lutego bieżącego roku, zaczęły mordować przeciwników politycznych: najwyższego przywódcę Alego Chameneiego, sekretarza Najwyższej Rady Bezpieczeństwa Narodowego Alego Laridżaniego – człowieka, który przecież reprezentował Iran w tych wszystkich najważniejszych rozmowach dotyczących kontroli irańskiego programu jądrowego. Cała czołówka dowódców, kierownictwa państwa została bardzo szybko wymordowana przez siły powietrzne, przez uderzenia po prostu przy pomocy środków napadu powietrznego Izraela i Stanów Zjednoczonych, plus pewnie jakieś działania sabotażowo-dywersyjne. 

Wielu informacji nie mamy v domenie publicznej, ale tego absolutnie nie można wykluczyć, biorąc pod uwagę te 12-dniowe doświadczenia... tej 12-dniowej wojny jeszcze z ubiegłego roku. A zatem ten cel nie został zrealizowany. Potem się pojawiały kolejne cele strategiczne: właśnie likwidacja programu nuklearnego Iranu, likwidacja arsenału rakietowego Iranu, zniszczenie marynarki wojennej Iranu, przejęcie kontroli nad Cieśniną Ormuz, następnie przejęcie kontroli nad eksportem irańskiej ropy naftowej, następnie rozbicie szyickiej osi oporu, czyli wspieranych przez Iran szyickich milicji w Iraku, Huti w Jemenie czy Hezbollahu w Libanie. Sześć kolejnych celów. 

Na siedem celów nie udało się zrealizować żadnego. Ostatnia próba przejęcia wzbogaconego uranu zakończyła się spektakularną klęską pod Isfahanem. To była ta słynna operacja ratowania jednego z dwóch pilotów samolotu F-15, który się rozbił, czyli został zestrzelony przez siły powietrzne Iranu, które miały nie istnieć. I pod tym pretekstem ratowania pilota doprowadzono naprawdę do dużej operacji specjalnej. Tam była elita, Navy SEALs, tam byli Rangersi, Delta Force, mnóstwo sił wojsk specjalnych amerykańskich. I  klęska, po prostu klęska. Sporo sprzętu wartego dziesiątki milionów dolarów zostało tam zostawionych pod Isfahanem.I PAT, sytuacja patowa. 

Od 8 kwietnia mamy sytuację patową, czyli ten niby rozejm. Rozejm, który był wielokrotnie przerywany. Rozejm dziwny, czy zawieszenie broni, które nie obowiązuje państwa Izrael, które dokonuje zbrodni wojennych w południowym Libanie, na południe od rzeki Litani. 

Wojna na Ukrainie a to, co się dzieje na Bliskim Wschodzie, to jeżeli chodzi o sposób prowadzenia wojny – absolutnie dwa różne światy. Izrael i Stany Zjednoczone od pierwszego dnia wojny – wojny oczywiście niewypowiedzianej i niesprowokowanej, niezgodnej z prawem międzynarodowym  zaczęły ataki dekapitacyjne, ataki w absolutnie krytyczną infrastrukturę państwową Islamskiej Republiki Iranu. Natomiast wojna na Ukrainie to jest przez niektórych nazywana „dziwna wojna”, bo tam nie ma ataków dekapitacyjnych. 

Ulica Bankowa w Kijowie, taka główna ulica administracji publicznej państwowej, jak stała, tak stoi. Siedziba Zełenskiego nietknięta, parlament ukraiński – Rada Najwyższa – nietknięta, kancelaria premiera nietknięta, ministrowie niemordowani na ulicach. Nie ma tych ataków dekapitacyjnych na Kijów, na inne istotne obiekty infrastruktury państwowej też nie.Sprzęt wojskowy, setkami wagonów jest cały czas transportowany na Ukrainę. To są setki, tysiące wagonów, ogrom sprzętu. Tylko przypomnę, że sama Polska przekazała ponad 100 milionów sztuk amunicji różnego rodzaju, tego się ciężarówką, jednym tirem nie przewiezie, delikatnie mówiąc. 

Rosjanie mają ogromne możliwości, jeżeli chodzi o środki napadu powietrznego, i tego nie robią. Podkreślam to jeszcze raz, bo to jest właśnie ta propaganda, która panuje w przestrzeni publicznej – niezrozumienie pewnych pojęć. Używa się bezrefleksyjnie pojęcia full-scale war, wojna pełnoskalowa, tylko to nic nie znaczy tak naprawdę, bo to nie jest wojna totalna. To nie jest wojna totalna, bo Rosja nie prowadzi wojny totalnej przeciwko Ukrainie. W Kijowie, nawet w Charkowie, w Odessie są wielkie koncerty, wielkie imprezy masowe. Gdyby tam trwała wojna totalna i masowy ostrzał miast, budynków administracji publicznej i infrastruktury krytycznej, elektrowni, które całkowicie wyeliminowałyby możliwość prowadzenia takich wielkich imprez masowych, no to nie byłoby tego. 

Dlatego te wojny są różne, aczkolwiek mają swoją wspólną nić przewodnią, ponieważ jeden i drugi konflikt tak naprawdę jak w soczewce pokazuje, że współczesne konflikty bardzo często są określane jako proxy war, czyli mają charakter wojen zastępczych i są elementem tego, co określamy mianem zmiany hegemonicznej. I to jak w soczewce widzieliśmy podczas spotkania Xi Jinpinga i Donalda Trumpa 14 maja bieżącego roku i to, co obserwujemy dziś. Też patrzymy na Pekin, patrzymy na wizytę Władimira Putina i jego spotkanie z Xi Jinpingiem. Mamy do czynienia z kształtowaniem się nowego ładu międzynarodowego, z kształtowaniem się koncertu mocarstw. 

Po szczycie na Alasce, tam gdzie Donald Trump z takimi honorami witał Władimira Putina – który w opinii tej propagandy miał być politykiem izolowanym, Rosja się miała rozpadać  – został tam ze wszelkimi honorami przywitany. I od tamtego czasu widzimy bardzo systematyczne działania amerykańskie, które gołym okiem być może nie są tak widoczne, ale w nieco większej perspektywie już widać. 

Amerykanie po raz pierwszy od naprawdę długiego czasu nie opublikowali dokumentu Global Posture Review, nad którym pracował zespół Elbridge'a Colby'ego, wiceszefa Pentagonu, i systematycznie redukują obecność swoich wojsk, zwłaszcza w Europie, od jesieni ubiegłego. To jest bardzo, bardzo widoczne: Rumunia, Polska, Niemcy. To są systematyczne działania. Moim zdaniem doszło do porozumienia Trump-Putin, Trump-Xi i Putin-Xi. 

Przypomnę tylko, że w 2021 roku na Alasce również odbyło się bardzo ważne spotkanie delegacji chińskiej i amerykańskiej, i tam padły znamienne słowa. Jeden z przedstawicieli delegacji chińskiej powiedział, że minęły czasy, kiedy Amerykanie mogą mówić, co Chiny mogą robić, a czego nie mogą. Oczywiście cytuję to z pamięci, ale istota słów była dokładnie taka sama: że skończył się czas pouczania przez Stany Zjednoczone, kształtuje się świat wielobiegunowy, świat multipolarny. I moim zdaniem mocarstwa po prostu podzieliły się strefami wpływów. 

Istnieją jeszcze obszary, co do których, można powiedzieć, nie ma tej ostatecznej decyzji, jak będzie wyglądał kształt, natomiast w tych najważniejszych kwestiach moim zdaniem mocarstwa uzgodniły, że będzie nowy koncert mocarstw i nowy podział stref wpływów. 

I to się dzieje na naszych oczach.Te spotkania: spotkanie delegacji amerykańskiej i chińskiej w '21, następnie niecałe trzy tygodnie przed rozpoczęciem drugiej fazy wojny na Ukrainie spotkanie w Pekinie przy okazji olimpiady, Putin-Xi – zawarcie strategicznego partnerstwa i zielone światło dla Władimira Putina na eskalację działań geostrategicznych w tej części Europy. 

Następnie mamy spotkanie w Anchorage w '25 roku i mamy dwa tegoroczne spotkania, absolutnie kluczowe. I jest jasne już dla każdego, kto zajmuje się geopolityką, bezpieczeństwem międzynarodowym, że skończył się Pax Americana. Pax Americana odszedł już do lamusa historii i kształtuje się nowy świat wielobiegunowy. Mówimy o wielu centrach siły i nie wiemy, jak będzie ta przyszłość w szczegółach wyglądać, ale faktem jest, że mocarstwa ponad głowami państw małych i średnich dzielą swoje strefy wpływów. 

Zatrzymajmy się przy Kubie. Kwestia jest oczywista. Amerykanie nie stracili swojego znaczenia w zachodniej hemisferze i wyraźnie wyeksponowali to, że kończą z rolą światowego żandarma  – a przynajmniej takiego, który uzurpuje sobie prawo do interwencji we wszystkich możliwych częściach świata . Mają od listopada 2025 roku cztery wydzielone obszary, gdzie uzurpują sobie prawo do, do jakiejkolwiek projekcji siły. I to jest najważniejsza kwestia, czyli koniec Pax Americana, powrót no może nie do izolacjonizmu, ale do wybranej, selektywnej aktywności Stanów Zjednoczonych. Czyli Amerykanie ustępują pola innym mocarstwom w innych regionach. 

Drugim obszarem jest Indo-Pacyfik – naturalny obszar rywalizacji z Chinami, z pretendentem, który rzuca to wyzwanie obecnemu, do niedawna jeszcze, Hegemonowi.  

Okazuje się, że jednak Bliski Wschód jest ważniejszy niż Europa, jest ważniejszy nawet niż niektóre interesy sojuszników amerykańskich na Indo-Pacyfiku. 

W Izraelu, pobliżu Dimony zaczęły spadać irańskie rakiety, drony, a tam niedaleko jest kompleks nuklearny izraelski. Już o Hajfie, o Jerozolimie, Tel Awiwie nawet nie wspomnę, bo to było widoczne mimo tej potężnej cenzury wojskowej. Dlatego nastąpiła ta zamiana i Europa jest obecnie na czwartym miejscu. Kluczowa jest zachodnia półkula, potem rywalizacja na Indo-Pacyfiku, Bliski Wschód i dopiero na szarym końcu Europa.

Rosja pokazała swoje cele. Rosja chce tego, co zostało ujawnione 17 grudnia 2021 roku. Rosja chce nowej architektury bezpieczeństwa w Europie. Rosja chce nowego układu NATO-Rosja, nowego układu Rosja-USA. Rosja chce wycofania baz wojskowych z krajów, które przystąpiły do NATO po roku 1997, a zatem powrotu do aktu stanowiącego NATO-Rosja podpisanego w Paryżu w 1997 roku. I to jest jakby oczywista sprawa. Rosja nie zgadza się na przystąpienie Ukrainy i Gruzji do NATO oraz nie zgadza się na rozmieszczanie baz NATO-wskich wzdłuż jej granic. I to jest główny cel Rosji – zmiana architektury bezpieczeństwa. 

Ten proces będzie trwał. Trwa on od 2014 roku i w cyklu geopolitycznym to, co obserwujemy, to jest nic. Ja wiem, że z perspektywy zwykłego, pojedynczego człowieka, od 2022 roku minęło szmat czasu i Rosja powinna mieć już jakieś sukcesy w związku z zajęciem więcej niż tylko 20% terytorium Ukrainy – choć to ponad 100 000 kilometrów kwadratowych, więc niemało. 

Natomiast nie o to idzie gra. Gra idzie o nowy koncert mocarstw i nowy podział stref wpływów. Rosja, przygotowując się do wielkiej zmiany hegemonicznej, przygotowuje swoje wojsko i cały system państwowy. Tego się nie robi w ciągu miesiąca ani roku, na to potrzebne są lata. Trzeba mieć suwerenny internet, system gospodarki przestawiony na tryby wojenne, działać w systemie kryzysowym, mieć systemy reagowania i wojsko wyszkolone w najnowocześniejszych taktykach – zwłaszcza jeśli chodzi o wojska dronowe, bo tu nastąpiła ogromna rewolucja. Tak samo działalność w spektrum elektromagnetycznym, która dla większości ludzi jest terra incognita, a dzieje się tam ogromna rewolucja. 

Rosja ma już 100 000 operatorów dronów, a do końca tego roku planowanych jest 165 000, z czego szacuje się, że 100 000 będzie zaangażowanych na Ukrainie. Ten konflikt może trwać jeszcze bardzo długo i z punktu widzenia Rosji jest niezwykle korzystny w dłuższej perspektywie geopolitycznej. 

Dlaczego? Gdyby w 2022 roku doszło do szybkiej, dużej inwazji rosyjskiej, wojny pełnoskalowej z powszechną mobilizacją i uderzeniem półtoramilionową armią z różnych kierunków, w tym z morza, oraz potężnych uderzeń dekapitacyjnych od pierwszych minut wojny, nastąpiłoby ogromne zjednoczenie Zachodu. Szansa na rozbicie NATO byłaby bardzo mała. Dokonałoby się dokładnie to, co w Iranie – zjednoczenie wokół sztandaru i scalenie całego Sojuszu Północnoatlantyckiego, bo byłoby potężne zagrożenie, że następna będzie Polska, potem Niemcy itd. Natomiast ta wojna rozłożyła się w czasie i w ograniczonym stopniu zmęczyła Zachód. Doprowadziła do potężnych pęknięć w samym Sojuszu i do rozbicia Grupy Wyszehradzkiej. Słowacja, Czechy i Węgry mają dziś zupełnie inny stosunek do Ukrainy niż władze w Warszawie. Władze Austrii, Portugalii, Hiszpanii czy Włoch również mają inne podejście. Owszem, jest 19 czy 20 pakietów sankcji, ale wiemy doskonale, że Rosja przygotowywała się do tego od wielu lat dzięki rozwojowi grupy BRICS oraz Szanghajskiej Organizacji Współpracy. 

Rosja przygotowała się na neutralizację i wyczerpanie zapasów Sojuszu Północnoatlantyckiego. Wywiad rosyjski i chiński mają doskonałą wiedzę, że Europa nie ma własnego przemysłu pozwalającego prowadzić długotrwałe działania wojenne. 

Całkiem niedawno rzecznik rządu, Adam Szłapka, mówił, że Polska zamówiła 4 500 dronów do szkolenia wojska. Tymczasem dane wywiadu ukraińskiego mówią o tym, że w tym roku siły zbrojne Federacji Rosyjskiej otrzymają uwaga – 7 milionów dronów (niektóre dane mówią o 7 300 000). To oznacza produkcję na poziomie 20 000 dronów dziennie. O czym my rozmawiamy? Cała Unia Europejska nie ma takich zdolności produkcyjnych. Unia Europejska i NATO przespały ostatnie 4 lata i o to właśnie chodziło – żeby nie robić wojny pełnoskalowej i zjednoczenia wokół sztandaru, tylko doprowadzić do mikropęknięć, a później poważnych pęknięć między USA a Europą oraz poszczególnymi członkami NATO. Dzisiaj rosyjska armia, państwo, gospodarka przestawiona na tory wojenne oraz systemy informacyjne są przygotowane do największej rozgrywki, czyli nowego koncertu mocarstw i podziału stref wpływów. A decydenci państwa polskiego śpią snem spokojnego, mówiąc o wojnie, która – jak powiedział Donald Tusk w wywiadzie dla Financial Times – ma być za kilka miesięcy. Ja nie widzę tych przygotowań do wojny, naprawdę nie widzę. Co to miałoby być? Jak zareaguje rząd, gdy w Dyneburgu pojawią się "zielone ludziki", gdy w Łatgalii zostanie ogłoszona Republika Ludowa albo w Narwie powstanie kolejna republika, pojawią się drony i pretekst? Uważam, że te ataki na Moskwę i w głąb Federacji Rosyjskiej paradoksalnie są bardzo na korzyść elity na Kremlu z Władimirem Putinem na czele, ponieważ dają pretekst do odpowiedzi i ważny argument w rozmowach z Donaldem Trumpem. 

Putin może zadzwonić na gorącą linię i powiedzieć: "Zobacz Donald, twoi sojusznicy w Europie udostępniają przestrzeń i terytorium do ataków obok Petersburga. Wyobraź sobie, że z Kuby, Kanady czy Meksyku robione są takie akcje przeciwko Florydzie. Ja nie mogę na to pozwolić. Albo zdyscyplinujesz tych ludzi, albo ja ich zdyscyplinuję". Pokazuję pewne mechanizmy w uproszczeniu. 

Rosyjskie społeczeństwo jest w stanie bardzo dużo wycierpieć, ale trzeba mu to wytłumaczyć. Aparat informacyjny nie będzie tłumaczył tego mechanizmami rywalizacji hegemonicznej jak pułapka Tukidydesa. Władza powie: "Słuchajcie, jest taki mały kraj, który udostępnia terytorium do ataków terrorystycznych na naszą infrastrukturę, przez co nie macie prądu i macie droższe paliwo, bo np. Łotwa udostępnia to terytorium". A ponieważ Duma Państwowa przyjęła właśnie ustawę rozszerzającą kompetencje prezydenta, pozwalającą użyć sił zbrojnych w obronie obywateli rosyjskich bezprawnie więzionych, to jest to doskonały pretekst do przekształceń polityczno-terytorialnych w tej części Europy.  

W tym momencie rysuje się świat, który nie do końca jest bezpieczny. Gdybyśmy puścili wodze fantazji i spróbowali oszacować, co może wydarzyć się z Polską w przeciągu 5-10 lat? Myślę, że duże turbulencje ekonomiczne i geopolityczne o różnym charakterze. To może być konflikt wewnętrzny z uwagi na zmienioną strukturę etniczną państwa polskiego i kwestię wielkiej podmiany, jaka następuje. Nie chodzi tylko o diasporę ukraińską, ale po prostu o import przybyszów z zagranicy w ramach zorganizowanej polityki migracyjnej UE. 

W 2027 roku wchodzi z pełną mocą pakt migracyjny, budowane są Centra Obsługi Cudzoziemców w każdym województwie. Widzimy, do jakich napięć to prowadzi, to jest beczka prochu. Może dojść do starć na ulicach, a nawet do konfliktu polsko-ukraińskiego, bo te napięcia rosną. Na Ukrainie mamy ogromny kult kolaborantów hitlerowskich – nazywajmy rzeczy po imieniu. Niedawno ogłoszono, że ciało jednego z kolaborantów nazistowskiej Rzeszy, Andrija Melnyka, zostało ekshumowane i przeniesione z Luksemburga na Ukrainę. Muzea Bandery i Szuchewicza, pomniki, kult ruchu azowskiego i ideologii neobanderowskiej w naturalny sposób prowadzą do dużych napięć. 

W perspektywie 5-10 lat może dojść do sytuacji, w której – używając sformułowania Wiktora Orbána – to, co zostanie z Ukrainy, ulegnie reorientacji, bo nie dostaną gwarancji bezpieczeństwa z Zachodu. To oczywiste, że Ukraina nie trafi do NATO. Jeśli ktoś się łudzi takimi mrzonkami, niech uświadomi sobie, że prędzej dojdzie do użycia broni jądrowej niż do członkostwa Ukrainy w NATO. W Ukrainie środkowej może dojść do zbliżenia Kijowa (już po Zełenskim) z władzami rosyjskimi (1:02:38). Rosja rozwiązywała już takie problemy wewnętrzne, wystarczy spojrzeć na Czeczenię i dwie wojny czeczeńskie. Z kolei jeśli powstanie osobny podmiot na zachodniej Ukrainie, będzie on budował swoją tożsamość na wektorze antypolskim. Jak mawiał profesor Feliks Koneczny, nie można być cywilizowanym na dwa sposoby – dwie cywilizacje w jednym państwie to zawsze konflikt, co potwierdza przykład II Rzeczypospolitej. Dlatego spodziewam się rosnących napięć polsko-ukraińskich. 

Biorąc pod uwagę wywiad, którego były prezydent Andrzej Duda udzielił w Kijowie podczas szczytu współorganizowanego przez fundację Arsenija Jaceniuka (jednego z ojców chrzestnych neobanderyzmu), Duda powiedział ukraińskiemu youtuberowi Gordonowi, że wojsko polskie pójdzie w pierwszym szeregu w obronie państw bałtyckich. 

Jeśli to prawda, i prawdą jest to, co mówi premier Donald Tusk, że ten konflikt jest możliwy w ciągu miesięcy, a nie lat, oznacza to włączenie wojska polskiego w bezpośredni kontakt ogniowy z siłami zbrojnymi Federacji Rosyjskiej. Wojsko polskie nie jest przygotowane do intensywnej walki w realiach wojny dronowej i spektrum elektromagnetycznego, co oznacza duże straty. 

Polska zostanie dotknięta masowymi działaniami sabotażowo-dywersyjnymi oraz uderzeniami z powietrza (bomby szybujące, rakiety manewrujące, balistyczne i drony) wymierzonymi w infrastrukturę krytyczną. Czeka nas blackout za blackoutem, paraliż oczyszczalni ścieków, przepompowni wody, systemów łączności i Internetu. Przy optymistycznych wiatrach to zawrócenie Polski do lat 80. XX wieku. 

W przypadku konfrontacji z Rosją i Białorusią to nie musi być wojna totalna i rosyjskie czołgi na Warszawę, choć i tego scenariusza nie można wykluczyć w odwecie za działania rządu w Warszawie. Każde wejście w wojnę z Rosją skończy się dla Polski utratą zdobyczy cywilizacyjnych i dywidendy pokoju, którą znamy od 1945 roku. 

Zagrożenie, że Polska posłuży jako zderzak strategiczny Zachodu w konfrontacji z Rosją, jest bardzo wysokie. Z punktu widzenia Niemiec nie ma mowy o żadnym mocarstwie nad Wisłą ani o tym, żeby Polska była liderem Międzymorza czy Trójmorza. Stąd sojusz Niemiec z Ukrainą, chęć uwspólnotowienia długu (zawiązania powrozu na szyi przyszłych pokoleń) oraz dążenie Niemiec do wypchnięcia Polski i państw bałtyckich przodem, jak w piosence Kazika: "Idź przodem bracie". To typowy gambit grupy E3, jeśli nie zmienimy polityki zagranicznej na wielowektorową, nie znormalizujemy relacji z Rosją i Białorusią oraz nie zacieśnimy relacji z BRICS.

Wymachiwanie szabelką, wizje państwa z bombą atomową i lidera Międzymorza to fantasmagoria. Polska nie ma do tego kultury strategicznej, potencjału kadrowego ani zaplecza, będąc głęboko uzależnioną od ponadnarodowych korporacji i obcych państw. Albo nastawiamy się na zachowanie substancji biologicznej narodu, suwerenności, wspieranie startupów, import technologii i rozwój gospodarczy bez szabelkizmu, albo doprowadzimy do konsolidacji sąsiadów przeciwko nam. 

Niemcy, Ukraina i Rosja nie pozwolą na polską bombę atomową. Kto chce mieć za sąsiada Ukrainę zdominowaną przez neobanderowców i Niemcy, gdzie AfD zacznie program rewizji układów poczdamskich? Czy chcemy z Polski zrobić poligon atomowy? Gdzie miałyby odbywać się testy tej broni, w którym powiecie? Każde państwo nuklearne musi być gotowe na przyjęcie kontruderzenia, a gdzie w Polsce są schrony przeciwatomowe, doktryna czy głębia strategiczna? 

To pokazuje, że w Polsce nie ma kultury strategicznej na światowym poziomie, jest ona zaściankowa i żywi się iluzjami. Nie jestem optymistą, jestem realistą. Dopuszczam możliwość zmiany polityki, ale z jednej strony widzę zagrożenie desuwerenizacji przez federalizację UE i niemieckie koncepcje dominacji, z drugiej – ogromne roszczenia środowisk żydowskich (ustawa 447) i silne lobby amerykańsko-izraelskie. 

Kolejne zagrożenie to potężne wpływy obcych służb specjalnych. Ostatni raport ABW za lata 24-25 to żart – mówi o zagrożeniach ze strony trzech państw, a nie wymienia potężnych wpływów wywiadu ukraińskiego (afery w Agencji Wywiadu, skazywanie ludzi za krzywdzenie dzieci na literę "P", wpływy służb niemieckich, izraelskich, amerykańskich czy brytyjskich). 

Formalnie Ukraina nie jest sojusznikiem Polski, a istnieje ryzyko wepchnięcia nas pod rozpędzony pociąg wojny z Rosją i Białorusią. Można to jeszcze zawrócić, ale polski establishment jest skrajnie podatny na naciski z zewnątrz. 

Jarek Ruszkiewicz

--------------------------------------------------------------------

Jeśli doceniasz to co robię i uważasz, że to potrzebne możesz postawić małe piwo albo dużą kawę :)

Nie wpuszczam żadnych reklam, żebyś miał komfort czytania.

PL 07 1020 3352 0000 1602 0343 3562

Dopisek - "Wsparcie bloga"

Z góry dziękuję, Jarek Ruszkiewicz 


Komentarze