Europa i "zbiorowy Zachód" nie są pępkiem świata

Ukraina nie zawarła żadnego formalnego sojuszu z Unią Europejską, ani nie podpisała żadnego sojuszu wojskowego i mimo że przez trzydzieści lat była obiektem ingerencji Stanów Zjednoczonych, nie należy do NATO.

Gdyby zasada obrony suwerennego kraju, który doznał zewnętrznej inwazji była wystarczająca, powinniśmy byli bronić Serbii przed atakiem zewnętrznym bez poparcia ONZ, walcząc w tym przypadku przeciwko sobie, Europejczykom i Amerykanom, ponieważ to my byliśmy agresorami. Albo bronić Afganistan po 11 września,  Irak zaatakowany, według zmyślonych powodów, jak przyznał sam Colin Powell, przyznając, że jego prezentacja przed ONZ z 5 lutego 2003 r. na temat nieistniejącej broni masowego rażenia opierała się na nieprawdziwych informacjach, nazywając ją plamą na jego karierze i „poważną porażką wywiadu”. Powinniśmy pospieszyć na pomoc Iranowi, zaatakowanemu bestialsko w czasie trwających negocjacji dyplomatycznych. Nic takiego oczywiście nie nastąpiło.

W tym przypadku należałoby się spodziewać interwencji Międzynarodowego Trybunału Karnego, biorąc pod uwagę, że rząd suwerennego państwa został obalony na podstawie fałszywych przesłanek, skoro ten sam Wysoki Przedstawiciel Stanów Zjednoczonych, który pomachał probówką przed ONZ, aby zalegalizować tę agresję, przyznał, że działał w oparciu o fałszywe informacje. Nie przeprowadzono nawet śledztwa w sprawie tych wydarzeń, które ujawniły kłamliwe i drapieżne oblicze Zachodu.

Atak na Afganistan, który doprowadził do wojny trwającej prawie dwadzieścia lat, był nielegalny. Stany Zjednoczone wkroczyły do ​​tego suwerennego kraju bez zgody ONZ, początkowo jednostronnie i bez pomocy sojuszników, którzy wkrótce przybyli, z naszymi psłusznymi ratlerkami na czele. 

Pierwsza nazwa operacji brzmiała „ Nieskończona Sprawiedliwość”, aby przedstawić Stany Zjednoczone jako globalnego kata. Wkroczyli, gdy w Afganistanie rządzili talibowie (fundamentalistyczny reżim finansowany i wspierany przez Stany Zjednoczone w poprzednim stuleciu przeciwko ZSRR), a odeszli z Bidenem jako prezydentem, pozostawiając Afgańczyków w rękach tych samych talibów. Terroryści zostali ponownie uzbrojeni w amerykański sprzęt wojskowy i broń o wartości około 7,1-7,2 miliarda dolarów, które zostały wymienione w inwentarzu sił afgańskich w momencie upadku, a do których talibowie uzyskali dostęp po upadku Kabulu. 

Nie wspominając o obaleniu libijskiego rządu, arbitralnie podjętym przez prezydenta Obamę, laureata Pokojowej Nagrody Nobla, po przekształceniu Libii w obecne piekło na wolnym powietrzu, gdzie od tamtej pory dochodzi do najgorszych naruszeń praw człowieka wobec biednych, zdesperowanych ludzi, którzy stają się istotami, którym przysługują prawa człowieka tylko i wyłącznie po dotarciu do Włoch. Wszędzie gdzie USA i szeroko pojęty "zachód" chcą wprowadzić "demokrację" wszystko kończy się tak samo - śmierć i chaos.

Nie wspominając o ingerencji na Ukrainie w celu sponsorowania zamieszek ulicznych przeciwko liderom, którzy demokratycznie wygrali wybory tylko dlatego, że uważano ich za prorosyjskich, podczas gdy w rzeczywistości byli neutralni, jak Wiktor Janukowycz. Przypomnijmy oświadczenie Victorii Nuland w prywatnej rozmowie telefonicznej z ambasadorem USA na Ukrainie, Geoffreyem Pyattem, z 4 lutego 2014 roku. Wyraziła ona zaniepokojenie amerykańskim wsparciem i finansowaniem sił otwarcie pronazistowskich, dumnie inspirowanych zbrodniami Bandery popełnionymi na Polakach, Rosjanach i Białorusinach podczas II wojny światowej. To oświadczenie zostało powtórzone przez media 6-7 lutego 2014 roku: „ pieprzyć UE”, dając jednoznacznie do zrozumienia, co kierownictwo USA myślało (i nadal myśli) o Europie. 

Ta rozmowa telefoniczna powinna była wywołać skandal z uwagi na wypowiedź Wysokiej Przedstawiciel Stanów Zjednoczonych w Europie, Nuland, a także powinna wzbudzić przynajmniej pewne wątpliwości co do suwerenności Ukrainy, o której tak wiele się mówi od czasu, gdy rzekomo naruszyła ją Rosja.

Ciekawostka: już w 2012 roku Parlament Europejski ostrzegał przed „rasistowskimi, antysemickimi i ksenofobicznymi poglądami” Swobody, apelując do ukraińskich partii demokratycznych o nietworzenie z nią koalicji. Właśnie do tego odnosił się ambasador USA w Kijowie, wahając się przed zaakceptowaniem planu Nuland. Gdy Stany Zjednoczone zdecydowały się przeciwstawić Rosji, zbrojąc regularną armię ukraińską przeciwko ludności cywilnej w Donbasie podczas wojny domowej, która wybuchła w 2014 roku, Parlament Europejski poszedł w ich ślady.

Podobnie w Gruzji Saakaszwili i rząd, który wyłonił się z "rewolucji róż" w 2003 roku, cieszyli się silnym wsparciem politycznym i materialnym ze strony Stanów Zjednoczonych. To publiczne poparcie polityczne zostało otwarcie zadeklarowane. Podczas wizyty w Tbilisi 10 maja 2005 roku George W. Bush nazwał Gruzję „latarnią wolności” i obiecał, że „naród amerykański będzie was wspierał ” .

Po 2003 roku USA uważały Tbilisi za kluczowego partnera; zintensyfikowano wsparcie wojskowe i finansowe (programy szkolenia wojskowego i aktywiści cywilni, a następnie dalszą pomoc po wojnie w 2008 roku w celu utrzymania wpływów antyrosyjskich).

Przez dekady tak zwany Zachód rutynowo łamał międzynarodowe zasady, które ustanawia i egzekwuje wobec innych państw. Uznaje secesję Kosowa od Serbii, ale potępia secesję Krymu od Ukrainy, wyłącznie w interesie amerykańskim (w przeciwieństwie do europejskich). Wyrażenie „Fuck EU” należy postrzegać jako coś głęboko zakorzenionego w USA, a nie jednorazowego, nieprzyjemnego wydarzenia, jak je później zdefiniowano. Późniejsza kariera Nuland, a także późniejsze wydarzenia obecnej administracji amerykańskiej, dowodzą tego.

Niezależnie od tego, kto rządzi w Białym Domu, werdykt w sprawie tej starej Europy wydaje się niezmienny: nie sojusznicy, lecz luksusowe pasożyty i balast. W przeciwnym razie Obama martwiłby się o konsekwencje dla starego kontynentu, po nielegalnym obaleniu reżimu Kadafiego (i osławionym łamaniu praw człowieka, którym USA zawsze usprawiedliwiały swoją agresję).

W tym świetle łatwo zrozumieć, jak Stany Zjednoczone pod rządami Demokratów uniemożliwiały nam korzystanie z rosyjskich zasobów, a teraz pod rządami Republikanów nakładają na nas nowe cła i naciskają, byśmy przyjęli Ukrainę do Unii, zmuszając nas tym samym do jej odbudowy na własny koszt.

Czy jest w parlamencie polskim jakaś grupa polityków, która potępia tę sytuację? Jeśli przeoczyłem tę kwestię, to przepraszam. Oczywiście, współczesne przypadki ludobójstwa Palestyńczyków w Strefie Gazy wbrew zaleceniom ONZ, jednostronna agresja na Wenezuelę i porwanie jej prezydenta, a także arbitralna agresja przeciwko Iranowi to jedynie najnowsze przykłady prawa międzynarodowego, które w samej swojej formie staje się coraz bardziej komiczne, gdyby nie tragicznie niepokojące i kryminalne nadużywanie tego terminu w naszej części świata.

Czy istnieje tylko zachodni punkt widzenia? 

Przyjrzyjmy się teraz nieuzasadnionej hipostazie Zachodu. Termin ten jest wyeksploatowany, niejednoznaczny i, po bliższym przyjrzeniu się, jest produktem błędnej perspektywy: etnocentryzmu. To właśnie ta soczewka niezmiennie stawia nas w centrum uwagi i z podprogową konsekwencją zniekształca naszą interpretację wydarzeń międzynarodowych, uniemożliwiając tym, którzy ją noszą, ocenę stanu rzeczy, a przede wszystkim rzeczywistego układu sił.

Zachód przecież nie jest prowincją planisfery: wystarczy obrócić globus o palec, a nasz Bliski Wschód staje się bezpośrednim Zachodem dla Chińczyków; Chiny leżą na zachód od Japonii; a tak zwany Daleki Wschód jest Daleki tylko dla nas, Europejczyków. Ta dziewiętnastowieczna taksonomia opiera się na głęboko zakorzenionym przekonaniu, że jest to najbardziej zaawansowana, najbogatsza i moralnie wzorowa część planety. To wstyd, że przez co najmniej stulecie demografia, bogactwo podziemne, a ostatnio także potencjał militarny i technologiczny, przerysowały mapę potęgi na korzyść innych kwadrantów.

Całkiem prawdopodobne, że podręczniki przyszłości nazwą ten koniec „erą amerykańską”, podczas gdy przejście do fazy azjatyckiej już nie puka do drzwi: jest już w przedsionku.

Jak wiemy, epokowe przemiany nigdy nie są bezbolesne: chylące się ku upadkowi mocarstwa, zanim zaakceptowały swoje przywództwo, zawsze przelewały mnóstwo krwi i jeszcze więcej złudzeń.  W epilogu świat zachodni uparcie uważa się za centrum globalnego świata, oś, wokół której wszystko się kręci, a jednocześnie za wzór, który naśladują drugi i trzeci świat, zawsze pozostając w tyle. Rzeczy mają się inaczej, a samozwańczy człowiek opatrzności, który rzekomo przywrócił Ameryce wielkość, Donald Trump, stopniowo, serią policzków, przyspiesza uświadomienie sobie, że świat po prostu nas ignoruje.

Niedawna reakcja Indii na groźby wtórnych sankcji za handel z Federacją Rosyjską to tylko najnowszy przykład. Indie, z chłodną uprzejmością, odpowiedziały mniej więcej tak: polityka energetyczna to kwestia suwerenności, zakupy rosyjskiej ropy służą interesom narodowym, a nawet stabilizują ceny globalne; jeśli Waszyngtonowi (lub Brukseli) się to nie podoba… „jeśli ci się nie podoba, nie kupuj” – cytując dosłownie ministra spraw zagranicznych S. Jaishankara. 

W odpowiedzi na groźby sankcji wtórnych i zapowiedź dodatkowych ceł w wysokości 25% (według wielu plotek ich poziom miał zostać podniesiony do 50%) Nowe Delhi oświadczyło, że będzie nadal kupować rosyjską ropę naftową, przygotowując się jednocześnie do łagodzenia skutków handlowych oraz dywersyfikacji rynków i dostaw.

Następnie pojawia się miażdżący komentarz na temat podwójnych standardów: dlaczego celować w Indie, a oszczędzać Chiny, głównego odbiorcę rosyjskiej ropy? To pytanie krąży w konferencjach prasowych w New Delhi, podczas gdy rząd zapewnia, że ​​nawet gdyby wprowadzono ostrzejsze restrykcje, Indie nadal będą w stanie pozyskiwać ropę z innych źródeł. Tymczasem kanały handlowe z Moskwą są wzmacniane, co przypomina, że ​​kiedy jest to wygodne, mosty buduje się wspólnie .

Krótko mówiąc: Indie to suwerenne państwo, którego przywódcy wiedzą, jak zachować się twardo i odpowiednio reagować na groźby ze strony tych, którzy uważają, że mają absolutną władzę w polityce zagranicznej i mogą szantażować cały świat. Przy bliższym przyjrzeniu się, to właśnie to realizuje obecny prezydent USA od dnia ogłoszenia ceł na wszystkie kraje, począwszy od swoich sojuszników: politykę siłowania się z każdym krajem z osobna.

Jednostronnie, dramatycznie i z wielką pompą Trump ogłosił tak zwane cła z okazji Dnia Wyzwolenia 2 kwietnia 2025 r. Cła te nałożono na cały świat, a ich lista została zaprezentowana na żywo w radiu, bez żadnych negocjacji, bez żadnego porozumienia, bez rozróżnienia na sojuszników i konkurentów. Cała planeta stanęła w miejscu, a jednym zamachem nieudana próba administracji Bidena z poprzednich trzech lat, mająca na celu międzynarodową izolację Rosji, zaczynając od handlu, stała się amerykańskim samoizolacjonizmem, który sprzeciwia się całemu światu i nazywa ten akt "wyzwoleniem".

W ciągu zaledwie kilku miesięcy Stany Zjednoczone odnotowały przyspieszenie procesu zjednoczenia w krajach BRICS, przy czym liczba nowych członków wzrosła, USA oddaliły się od historycznych sojuszników, takich jak Japonia, a ich główny przeciwnik handlowy, Chiny, odczuły wzrost nieufności.

To prawda, że ​​Europa stanęła w obliczu (na razie jesteśmy dopiero na początku) poważnego kryzysu recesyjnego z powodu załamania się stosunków handlowych z państwem, które ma największe zasoby energetyczne na świecie. Europejczycy zrobili to, aby wesprzeć wojnę antyrosyjską, której Ameryka była mózgiem, a biedni Ukraińcy (dość krwawym, jak się wydaje) ramieniem.

Niestety, sprawy potoczyły się inaczej, niż oczekiwano. Rosja nie została zmuszona do odwrotu, nie została rzucona na kolana, nie została odcięta od globalnego systemu finansowego i handlowego, a nawet znacząco rozszerzyła swoje relacje z dwoma supermocarstwami, Chinami i Indiami. Dlatego wysyłanie miliardów skradzionych z własnych budżetów publicznych i broni, która uszczupliła i tak już niepewne zasoby europejskich arsenałów militarnych, już nie wystarcza; teraz musi kupować amerykańską broń i przekazywać ją Ukrainie, a po utracie rosyjskiego rynku zbytu dla własnego eksportu, Amerykanie, w podzięce, nakładają na nas cła handlowe.

Wreszcie, skoro Ameryka-ponownie-wielka teraz otwarcie deklaruje, że dba wyłącznie o własne interesy [podczas gdy wcześniej robiła to bez deklaracji, podając swoje działania za obronę prawa międzynarodowego – to jedyna prawdziwa różnica], trzeba za to zapłacić wyższą cenę. 

Słowa zarówno Trumpa, jak i Putina są aktualne:

We wtorek, 8 kwietnia 2025 roku, wieczorem w Waszyngtonie, podczas kolacji charytatywnej NRCC, Trump powiedział, że kraje „dzwaniają do nas, całują mnie w dupę… Proszę, proszę, proszę pana, zawrzyjmy umowę”, co oznaczało, że będą go błagać o ulgę celną.

W wywiadzie udzielonym Pawłowi Zarubinowi w rosyjskiej telewizji państwowej VGTRK, opublikowanym i przedrukowanym 3 lutego, Władimir Putin powiedział, że europejscy przywódcy, gdy Trump wróci do Białego Domu, „będą siedzieć u stóp swego pana i delikatnie merdać ogonem”. Wyrażenie to zostało szeroko rozpowszechnione w mediach.

Struktury globalne zmieniają się dynamicznie i z wyjątkiem uległej, tchórzliwej i hipokrytycznej Europy, reszta świata nieustannie odpowiada groźbami i szantażem. Szczyt na Alasce między Trumpem a Putinem, na który Europa, NATO i Ukraina nie zostały zaproszone i odmówiono im wstępu po tym, jak same się upokorzyły, prosząc o zgodę, wyraźnie to pokazuje.

Druga kadencja Donalda Trumpa miała objąć Indie, aby powstrzymać Chiny (i utrzymać Moskwę na dystans). W zainscenizowanej wersji Waszyngton wybrał jednak inną fabułę: powszechne cła, groźby sankcji wtórnych i wykłady na temat lojalności. Skutek? Nowe Delhi się nie kłania: potwierdza swoją autonomię, kupuje tam, gdzie mu wygodnie, rozmawia z tymi, których potrzebuje — i patrzy na Wschód z zdecydowanym pragmatyzmem. 

Próbując wzmocnić swoją antychińską postawę, Waszyngton ryzykuje dystansowanie się od partnera, którego najbardziej potrzebował. Powszechne cła i krytyka lojalności, które dla USA oznaczają uległość i akceptację wszelkich jednostronnych działań, przyniosły dwa przewidywalne skutki: skłoniły Indie do dywersyfikacji (w kierunku Pekinu i Moskwy) oraz przyspieszyły multipolaryzm, którego Stany Zjednoczone tak bardzo się obawiają.

Widzimy zatem, że główne mocarstwa i supermocarstwa świata, począwszy od Rosji, Chin i Indii, nie uginają się pod wrogą polityką Waszyngtonu, podczas gdy Europa, co najwyżej, angażuje się w samokrytykę. 

Nie UE, można by zauważyć, ale eurokraci, czy euromaniacy, którzy od 2022 r. wmawiają nam, że embargo na ropę „jest sukcesem… wyobrażenie sobie, że jesteśmy zjednoczeni co do około 90% rosyjskiej ropy… do niedawna byłoby mało wiarygodne”.

Stany Zjednoczone, Europa i sojusznicy nie mają innej alternatywy niż dopilnowanie, aby Ukraina wygrała tę wojnę – zaakceptowanie rosyjskiego zwycięstwa „byłoby śmiertelnym ciosem dla UE”. Trwająca wojna na Ukrainie nie toczy się między Rosją a Ukrainą, lecz między USA, NATO i UE przeciwko Rosji, za pośrednictwem Ukraińców. To tchórzliwy, szalony i samobójczy konflikt, gdyż jego celem jest eskalacja nuklearna.

Gdyby nie zablokowano wszystkich rosyjskich kanałów internetowych i telewizyjnych, wiedzielibyśmy, że Rosja coraz bardziej zdecydowanie mówi o użyciu broni jądrowej. To, co słyszymy od agencji Reuters, to zaledwie ułamek całości. W rzeczywistości, w obliczu coraz bardziej wyraźnych gróźb interwencji, zwłaszcza ze strony Wielkiej Brytanii i Francji, rosyjskie kanały telewizyjne nagłaśniają rosnącą potrzebę użycia potężniejszej broni, również po ataku na rosyjskie samoloty strategiczne głęboko na jej terytorium po stronie azjatyckiej. Po ataku na Pearl Harbor, USA z zimną krwią zaatakowały dwa miasta zamieszkane wyłącznie przez japońską ludność cywilną (prawie wyłącznie kobiety, osoby starsze i dzieci), pod hasłem: „Pamiętacie Pearl Harbor … więc na co czeka Moskwa, żeby zareagować?”.

Etnocentryzm, na który cierpimy, uniemożliwia nam zrozumienie, że podwójnych standardów nie można już tolerować. Japonia musiała wtedy uklęknąć, by nigdy się nie podnieść, chyba że pod opiekuńczymi skrzydłami Stanów Zjednoczonych. Ale dziś żyjemy w innym stuleciu, a nawet tysiącleciu. Równowaga sił uległa zmianie, a donośny głos nie należy już tylko do jednej części świata.

Dochodzimy zatem do nielogicznego wniosku: wbrew opiniom własnych obywateli, europejscy przywódcy podsycają płomienie wojny, jakby groźba globalnego konfliktu nie istniała. Waszyngton prowadzi wojnę handlową z całym światem, izolując się, a jednocześnie zachowując pełną kontrolę nad UE, wobec której nie idzie na żadne ustępstwa.

W UE brakuje wspólnej linii politycznej, zarówno zewnętrznej, jak i wewnętrznej. Niektóre kraje wykorzystują inne, w klimacie konkurencji i wzajemnego pasożytnictwa. To ta część świata, która uważa się za lepszą i może służyć za wzór dla innych wschodzących potęg i gospodarek. W tych warunkach wierzymy, że możemy pokonać Rosję, która w międzyczasie zdobywa zaufanie i współpracę z głównymi potęgami azjatyckimi; odgrywa kluczową i rosnącą rolę w kilku państwach afrykańskich; i angażuje się w coraz bliższy dialog z Brazylią (członkiem założycielem BRICS). Wenezuela stała się celem działań USA, które w istocie doprowadziły do ​​przeniesienia ogromnych rezerw ropy naftowej pod kontrolę USA i posłużyły jako geostrategiczne posunięcie mające na celu atak na Iran i zapobieżenie skutkom zamknięcia Cieśniny Ormuz po ataku na Iran. Wojna ta, pomimo zachodniej propagandy, wydaje się nie być zgodna z amerykańskimi planami neokonserwatywnymi.

Potencjalna wojna światowa położyłaby kres ludzkiemu życiu na Ziemi, więc europejscy podżegacze wojenni są pewni, że nie mogą być świadkami rosyjskiej odpowiedzi z użyciem broni jądrowej. Aby jednak sprawdzić swoją tolerancję, obierają sobie za cel Ukrainę, dlatego odmawiają zaakceptowania jakiegokolwiek rozwiązania dyplomatycznego. Tymczasowe zawieszenie broni oczywiście posłużyłoby wzmocnieniu linii frontu i dozbrojeniu Ukraińców, zmuszając ich do powrotu do rzeźni.

Czy bezpośredni konflikt między NATO i siłami rosyjskimi staje się coraz bardziej prawdopodobny? Jak by się to skończyło?

Porównanie rosyjskiej potęgi militarnej z potęgą militarną NATO, od USA po Ukrainę, wypada zdecydowanie na korzyść Rosjan. Sekretarz Generalny NATO Mark Rutte stwierdził, że Rosja produkuje w ciągu trzech miesięcy tyle, ile NATO w ciągu roku, czyli czterokrotnie więcej niż możliwości Sojuszu. Mówimy o jednym państwie, przeciwko 32 (członkom NATO, licząc najnowsze członkostwa Finlandii i Szwecji) [33 z Ukrainą]. W konfrontacji między blokami globalnymi wyobrażamy sobie, że blok zachodni będzie musiał stawić czoła co najmniej Rosji i Chinom, biorąc pod uwagę deklarację z początku lipca 2025 r. złożoną przez Wang Yi (ministra spraw zagranicznych) i dyrektora Biura Centralnej Komisji Spraw Zagranicznych Partii [szefa dyplomacji KPCh od 2023 r.], zgodnie z którą Chiny nie mogą pozwolić Rosji przegrać wojny, ponieważ skierowałoby to całą uwagę USA na Pekin .

Abstrahując od propagandy, jakie szanse miałby blok zachodni w tym starciu? Czy centralna pozycja dolara wystarczy?

W związku z tym warto zadać sobie pytanie, co dzieje się z dolarem. Wydaje się, że stracił on około 11% w pierwszej połowie 2025 roku, nawet przy wysokich stopach procentowych. Można to interpretować jako utratę wiarygodności, a nie jako prosty, mechaniczny efekt stóp procentowych.

Jakie są konsekwencje? Jeśli papiery wartościowe denominowane w dolarach staną się mniej atrakcyjne , bańka na amerykańskim rynku akcji stanie się bardziej krucha. Ogromny dług USA (największy na świecie) wymaga corocznego masowego refinansowania. Zadłużenie brutto przekracza 37 bilionów dolarów, a roczne płatności odsetek przekraczają 1,1 biliona dolarów, a krótkie terminy zapadalności wymagają dużych i wymagających lokat.

Jakie są rozwiązania?

Początkową reakcją była strategia taryfowa, która miała zwiększyć dochody, ograniczyć import i wymusić indywidualne umowy dwustronne z poszczególnymi państwami. Przykład Indii jest jednak przykładem tego, że to nie działa i przynosi niepożądane skutki, takie jak wzmocnienie BRICS.

Oczekuje się, że największą pomoc dla USA przyniosą wspomniane wcześniej zyski z UE, wynoszące aż 750 miliardów dolarów w postaci energii, która ma zostać zakupiona od USA, plus prognozowane 600 miliardów w europejskich inwestycjach za oceanem.

Rozpieszczeni błędem etnocentryzmu, głęboko wierzymy, że w naszym kraju panuje demokracja, ponieważ okresowo głosujemy na pozornie różne rządy, zgodnie z amerykańskim modelem naprzemiennej koalicji republikanów i demokratów. 

Czy zatem jesteśmy lepsi politycznie i moralnie od np. Białorusi, ponieważ możemy służyć tym samym okultystycznym siłom wśród dwóch głównych rywali o najpotężniejszy urząd na świecie, o ile nie mówimy tego publicznie?

Po dekadach stopniowego podążania tą ścieżką, Unia Europejska wydaje się dziś zdeterminowana w budowaniu ram regulacyjnych i mechanizmów polityczno-administracyjnych, które skutecznie ograniczyły i zneutralizowały informacje o odmiennych poglądach. W tym kontekście pojawiają się symboliczne przypadki, które rodzą głębokie pytania o stan podstawowych wolności w Unii Europejskiej.

Niemiecki dziennikarz poinformował, że zostały nałożone na niego szczególnie surowe sankcje – w tym zamrożeniem kont bankowych i zakazem podróżowania – po relacjonowaniu protestów i kontrowersyjnych kwestii, pod ogólnym zarzutem rzekomych „powiązań z wpływami rosyjskimi”. Sprawa ta sygnalizuje niepokojące przesunięcie akcentów z obszaru ochrony bezpieczeństwa w stronę kontroli dyskursu publicznego.

Jeszcze bardziej znaczący jest przypadek Jacques’a Bauda, ​​byłego oficera szwajcarskiego wywiadu z wieloletnim doświadczeniem w zachodnich strukturach. Zgodnie z rozporządzeniem Unii Europejskiej z 15 grudnia 2025 r., Baud został umieszczony na liście sankcji z powodu częstego występowania w programach radiowych i telewizyjnych uznanych za prorosyjskie, działania jako rzekomy „nośnik prorosyjskiej propagandy” oraz rozpowszechniania interpretacji wojny na Ukrainie .

Oczywiście, unika się pogłębionej analizy tych stanowisk i konsultacji ze źródłami, takimi jak zeznania z wywiadu z 2019 r. udzielonego przez Ołeksija Arestowycza, ówczesnemu doradcy Zełenskiego, w którym przewidział nieuchronność konfliktu z Rosją na szeroką skalę i powiązał tę perspektywę ze stanowiskiem Ukrainy wobec NATO : wojna z Rosją byłaby ceną, jaką trzeba by zapłacić za przystąpienie do NATO, które wspierając Ukrainę, najpierw de facto, a potem de jure ją włączyłoby.

Za propagowanie tych twierdzeń [przypadkowo potwierdzonych faktami historycznymi] Unia Europejska objęła Bauda sankcjami znanymi jako RUDA, które obejmują zamrożenie aktywów, zakaz wjazdu i tranzytu przez UE oraz zakaz dostarczania mu zasobów gospodarczych lub finansowych przez obywateli i firmy europejskie. Kilka źródeł informacyjnych potwierdziło umieszczenie go na oficjalnych listach, przypisując tę ​​decyzję rozpowszechnianiu narracji uznawanych za korzystne dla Rosji i potencjalnie destabilizujące.

Sprawa jest szczególnie kontrowersyjna ze względu na czysto polityczny charakter procedury. Baud – naukowiec i wojskowy, który zajmował wysokie stanowiska, a także pracował w programach NATO na Ukrainie w dekadzie po 2014 roku – został skutecznie zbanowany w przestrzeni europejskiej za wyrażenie krytycznego stanowiska, odmiennego od dominującej narracji wojennej, bez poddania się jakiemukolwiek procesowi ani możliwości obrony przed niezależnym trybunałem.

Decyzję podjęła Rada Unii Europejskiej, organ wybitnie polityczny, niebędący bezpośrednio wybierany przez obywateli Europy, obdarzony władzą ustawodawczą, a zatem hierarchicznie nadrzędny wobec Parlamentu Europejskiego. Organ ten, wraz z Komisją, stanowi prawo, nazywając siebie demokratycznym, pomimo braku legitymacji opartej na bezpośrednim głosowaniu obywateli, którzy ponoszą konsekwencje jego decyzji. W ten sposób jednostka – i obywatel państwa trzeciego, takiego jak Szwajcaria – zostaje pozbawiona najbardziej podstawowych wolności osobistych i skazana na swego rodzaju śmierć ekonomiczną i cywilną, wyłącznie z powodu swoich poglądów. Z jednej strony wysoko postawiony urzędnik, analityk, z drugiej Kaja Kallas, która podpisała ten dokument, Wysoka Przedstawiciel UE ds. Polityki Zagranicznej i Bezpieczeństwa oraz Wiceprzewodnicząca Komisji Europejskiej, która niedawno pokazała, że ​​nawet nie wie, kto wygrał II wojnę światową, komentując chińskie obchody 80. rocznicy zakończenia II wojny światowej, podczas których Rosja, Chiny i inne kraje upamiętniły swój udział w zwycięstwie nad nazizmem.

Zatem nie sąd, lecz wąska grupa polityczna sprawuje władzę absolutną, jednostronną i dyskrecjonalną, co stoi w jawnej sprzeczności z jakąkolwiek monteskiuowską zasadą podziału władzy. Czy ta struktura władzy przygotowuje grunt pod przyszłą eskalację militarną, w której nowe pokolenia Europejczyków mogłyby zostać wezwane do walki? Jak stwierdził Sekretarz Generalny NATO Mark Rutte w przemówieniu wygłoszonym w Berlinie 11 grudnia 2025 r., Europa rzeczywiście powinna przygotować się na konflikt o podobnej skali do tego, którego doświadczyli nasi dziadkowie i pradziadkowie, jeśli zamierza przeciwstawić się ewentualnej agresji ze strony Rosji.

Potępiamy bez procesu tych, którzy (kompetentnie) proponują alternatywną interpretację uporczywie panującej narracji, i czy powinniśmy udzielać Białorusi lekcji demokracji? Co więcej, goszcząc jej przeciwników, którzy nie są odporni na podejrzenia o korupcję, i czy powinno to być wyrazem naszego przywiązania do wolności słowa i myśli?

Innym przykładem może być sprawa Juliane Assange, nieludzko ściganej przez dziesięciolecia za publikowanie tajnych informacji ujawniających zbrodnie wojenne i nadużycia – czyli za pracę dziennikarską uznaną za niewygodną przez zaangażowane rządy – lub nowsza sprawa Gabriele Nunziatiego, zwolnionego za zadanie niestosownego pytania dotyczącego rażąco podwójnych standardów UE w stosunkach między Rosją a Ukrainą oraz Izraelem a Strefą Gazy. Dowodzą one, że jesteśmy winni oskarżeń, które wysuwamy wobec innych. 13 października 2025 roku Nunziati, współpracownik włoskiej agencji prasowej Agenzia Nova, zadał rzeczniczce Pauli Pinho pytanie o następującej treści podczas konferencji prasowej Komisji Europejskiej:

Mówisz, że Rosja powinna zapłacić za odbudowę Ukrainy. Skoro więc Izrael zniszczył znaczną część Gazy (lub jej cywilną infrastrukturę), czy nie powinien zapłacić za jej odbudowę ? Odpowiedź rzeczniczki brzmiała: „To ciekawe pytanie, ale nie chcę go teraz komentować”. (Nie miała komentować, lecz odpowiedzieć, najlepiej wiarygodnie).

Kilka tygodni później (około końca października 2025 r.) agencja Nova ogłosiła zakończenie współpracy z Nunziati. Wolność, z której jesteśmy dumni, jest raczej nominalna niż rzeczywista; instytucje zagraniczne i narody są w stanie wywierać naciski i kontrolować obieg informacji, narzucając całej Europie krzywdzące interpretacje.

Styl edukacyjny Białorusi odzwierciedla historię narodu przyzwyczajonego do oszczędności przeszłości i w dużej mierze przez nią ukształtowanego: rodzice w swoich relacjach z dziećmi nie rezygnują ze swojej roli wychowawczej ani nie zachowują się jak zwykli przyjaciele, ale raczej biorą na siebie odpowiedzialność przygotowania swego potomstwa do dorosłego życia.

Szacunek dla osób starszych to fundamentalna zasada wychowawcza, najpierw wpajana w rodzinie, a następnie wzmacniana w systemie szkolnym, gdzie nauczyciele sprawują władzę, nienaruszoną przez nękające lub poniżające zachowania ze strony uczniów. Rodzice nie mają prawnego obowiązku wspierania dziecka po osiągnięciu pełnoletności, jeśli dziecko dopuszcza się zachowań autodestrukcyjnych lub poważnie szkodliwych wobec członków rodziny; podobnie, zgłoszenia nauczycieli dotyczące zachowań antyspołecznych nie pozostają bez konsekwencji.

Silne poczucie obowiązku obywatelskiego, zasady dobrego wychowania w przestrzeni publicznej i poszanowanie zasad współżycia są powszechne, wartości te są uwewnętrzniane od dzieciństwa. Białorusini dążą do zachowania swojej godności osobistej przez całe życie.

Procesy takie jak rozkład moralności, rozpad konwencji społecznych i podważanie hierarchii wartości, które w znacznych częściach Zachodu doprowadziły do ​​normalizacji – jeśli nie wręcz celebracji – zachowań transgresyjnych, takich jak ostentacyjne nadużywanie alkoholu czy narkotyków, nie znalazły podobnego spełnienia na Białorusi. W tych samych latach, gdy mity zachodnich nastolatków były przekształcane przez protagonistów Beat Generation i epoki Woodstock, aż po ich współczesnych epigonów, twórców produkcji muzycznych, które niekiedy wprost legitymizują przemoc, nadużycia i popełnianie przestępstw, tendencje te kulturowe nie zakorzeniły się znacząco w kontekście białoruskim.

Nawet produkcja kreskówek działa na poziomie kontredukacyjnym. W kontekstach zachodnich nierzadko można spotkać kanały telewizyjne nadające treści nieodpowiednie dla nieletnich, charakteryzujące się często obrazami i narracją o charakterze kontredukacyjnym, skonstruowane wokół fabuły pozbawionej morału ani autentycznie informacyjnej funkcji. W takich przypadkach nieletni są przede wszystkim zabawiani przed ekranem, a nie edukowani na poziomie etycznym i poznawczym.

Poprzez swoistą heterogeniczność celów, dekady radzieckiego socjalkomunizmu – skoncentrowanego na kształtowaniu świadomości, w tym poprzez produkty kulturalne przeznaczone dla dzieci – pozostawiły po sobie dziedzictwo rosyjskiej, a tym samym także białoruskiej, animacji, która zachowuje wyraźnie pedagogiczny charakter. W tych narracjach doświadczenia bohaterów znajdują pozytywne rozwiązanie poprzez ucieleśnienie takich wartości jak odwaga, ochrona słabszych oraz szacunek dla autorytetu i integralności rodzicielskiej, kształtując w ten sposób wyraźnie budującą narrację edukacyjną.

W ujęciu ściśle teoretycznym należy podkreślić, że nie istnieje coś takiego jak rozrywka neutralna pedagogicznie: każde narzędzie symboliczne nieuchronnie pełni funkcję formacyjną lub deformacyjną. Jak zauważa Media nie tylko przekazują treści, ale narzucają pewną formę myślenia, ukrytą epistemologię, która kształtuje sposób, w jaki społeczeństwo uczy się, rozróżnia i przypisuje wartości. Z tej perspektywy postępująca liberalizacja obyczajów, charakteryzująca zachodnie treści telewizyjne od czasów II wojny światowej, wydaje się nierozerwalnie związana z degradacją języka i wymuszonym uproszczeniem kodów ekspresyjnych.

Regulacja dostępu do obywatelstwa oferuje unikalną perspektywę pozwalającą uchwycić głębokie różnice antropologiczne i pedagogiczne, które oddzielają współczesny Zachód od krajów takich jak Białoruś i Federacja Rosyjska. W przypadku Polski obywatelstwo jest coraz częściej postrzegane jako wynik procesu o charakterze czysto administracyjnym, w którym upływ czasu i dokładność dokumentacji zdają się implicite spełniać uznawaną za wystarczającą funkcję edukacyjną. Rzeczywista znajomość języka, historii narodowej czy podstaw systemu prawnego wydaje się zatem spychana na dalszy plan, jakby przynależność obywatelska mogła rozwinąć się poprzez prostą osmozę terytorialną lub gromadzenie certyfikatów.

Z kolei w systemach rosyjskim i białoruskim uzyskanie obywatelstwa jest uzależnione – w standardowej formie – od przejścia testów znajomości języka, a w przypadku Rosji również od sprawdzenia podstawowej wiedzy historycznej i prawnej. Te ramy regulacyjne odzwierciedlają fundamentalną koncepcję obywatelstwa, rozumianego nie jako automatyczne prawo niezwiązane ze ścieżką edukacyjną, lecz jako ostateczne uznanie świadomej przynależności do określonej wspólnoty historycznej, kulturowej i prawnej. Z tej perspektywy obywatelstwo nie inauguruje członkostwa, lecz je ratyfikuje.

Egzamin z języka i kultury obywatelskiej pełni nie tylko funkcję selektywną, ale wręcz wybitnie pedagogiczną: zakłada, że ​​przyszli obywatele potrafią rozumieć język publiczny, poruszać się w symbolicznym i normatywnym systemie państwa oraz uznawać fundamentalne zasady współżycia obywatelskiego. Jest to warunek wstępny, który w kontekście Zachodu wydaje się niekiedy zaskakująco wymagający, a wręcz zbędny, biorąc pod uwagę coraz bardziej oderwaną od odpowiedzialności koncepcję integracji.

Ta różnica jest konsekwentnie osadzona w tym samym horyzoncie kulturowym, który rządzi edukacją i rozrywką. Podczas gdy zachodnie systemy medialne dążą do zredukowania języka publicznego do formy uproszczonej rozrywki, traktując widza jako osobę wiecznie niepełnoletnią, model rosyjsko-białoruski nadal zakłada, że ​​odbiorca musi być edukowany, a nie tylko zabawiany. Podobnie, podczas gdy Zachód postrzega obywatelstwo jako automatyzm prawny pozbawiony realnego progu poznawczego, systemy te podtrzymują ideę, że pełny dostęp do wspólnoty politycznej musi być poprzedzony demonstracją kompetencji i dojrzałości obywatelskiej.

Podsumowując, pedagogika, media i obywatelstwo wydają się być odrębnymi dziedzinami tylko pozornie: w rzeczywistości przyczyniają się do nakreślenia tego samego modelu antropologicznego. Z jednej strony paradygmatu, który upraszcza język, neutralizuje rozrywkę i automatyzuje przynależność, stopniowo redukując oczekiwania edukacyjne wobec jednostki; z drugiej – modelu, który nadal traktuje edukację, komunikację publiczną i obywatelstwo jako wymagające procesy, oparte na uczeniu się, odpowiedzialności i świadomości. Z tej perspektywy porównawczej, odmienna wartość przypisywana obywatelstwu jest jedynie ostatecznym odzwierciedleniem szerszej koncepcji kształtowania jednostek i obywateli.

W wyniku postępującego uproszczenia języka, rozrywki, a nawet edukacji kulturalnej, zdolność krytycznego myślenia społeczeństw Zachodu ulega stopniowemu osłabieniu, a ich rosnąca podatność na manipulację staje się coraz większa. W tym kontekście ryzyko eskalacji jest coraz poważniejsze, zwłaszcza dla narodów europejskich, które po Ukraińcach i Rosjanach jako pierwsze odczuwają skutki trwającego konfliktu.

Coraz bardziej niedowierzający Rosjanie i Białorusini zastanawiają się, czy nasi wysocy rangą przywódcy rzeczywiście ważą swoje słowa, grożąc Moskwie? Cavo Dragone, obecny przewodniczący Komitetu Wojskowego NATO stwierdził, że Sojusz mógłby rozważyć opcje ataku wyprzedzającego jako możliwą odpowiedź na rosyjską wojnę hybrydową, aczkolwiek przedstawia tę ewentualność jako część analizy obronnej, a nie jako nieuchronną decyzję o rozpoczęciu wojny. Ciągłe zapowiedzi wojny z Federacją Rosyjską w latach 2029-2030 i konieczność przezbrojenia, aby móc stawić czoła wrogowi do tego terminu, to nic innego jak wcześniejsze deklaracje wojny i jednoczesne przyznanie się do bezsilności. Kreml określił te oświadczenia jako nieodpowiedzialne i prowokacyjne, twierdząc, że sugerują one gotowość NATO do zaatakowania Rosji w pierwszej kolejności .

Naturalnie, nasze media opisują groźby Rosjan w odpowiedzi na oświadczenia naszych przywódców, takie jak te wygłoszone przez admirała Dragona, jako bezpodstawne. Jednak przy bliższym przyjrzeniu się, w czasie wojny deklaracja nieprzygotowania do stawienia czoła konfliktowi przed określoną datą (2030) jest czymś więcej niż prowokacją. Z perspektywy wewnętrznej jest to wręcz akt zdrady, ponieważ uświadamia domniemanemu wrogowi, jak mądre jest przewidywanie tego konfliktu, aby nie dać nam czasu na przygotowanie się. Po raz kolejny tak zwana Europa szkodzi sobie, dostarczając więcej niż jednego pretekstu do ataku.

A co, jeśli sam Jacques Baud miał rację? A co, jeśli wojna była rzeczywiście konsekwencją ostatniej, desperackiej próby NATO, by rozszerzyć swoje wpływy na Rosję? Obecny przebieg konfliktu zdaje się sygnalizować porażkę tego projektu geopolitycznego, ponieważ nowa administracja USA coraz bardziej akceptuje żądanie Rosji, by zagwarantować Ukrainie neutralność i status poza NATO w przyszłości. To nowe stanowisko USA niepokoi europejskie administracje, które uruchamiają kolejne 90 miliardów euro w nowym finansowaniu dłużnym dla Ukrainy, nie na odbudowę, lecz na przedłużenie wojny. Przy bliższym przyjrzeniu się, jest to odpowiedź nie tylko przeciwko Rosji, ale także przeciwko Stanom Zjednoczonym, które od czasu wyboru Trumpa próbują osiągnąć porozumienia pokojowe. Innymi słowy, UE podąża w przeciwnym kierunku niż USA, inwestując 90 miliardów euro i tym samym bezpośrednio angażując narody europejskie, w których interesie leży klęska Rosji, a nie przywrócenie pokoju.

Jeśli prześledzimy konsekwencje obecnych działań Europy, to istnieje tylko jedna nieunikniona konsekwencja: bezpośrednie zaangażowanie europejskich sił zbrojnych w wojnę rosyjsko-ukraińską, z udziałem wojsk lądowych. Działania polityczne, oświadczenia publiczne, inicjatywy gospodarcze i bezpośrednie finansowanie – wszystko to prowadzi do bezpośredniej konfrontacji militarnej z Rosją, która, nie dając się pokonać zachodnią bronią na żywym ciele Ukraińców, wkrótce będzie musiała zmierzyć się również z armiami europejskimi.

Dzięki temu rezultatowi europejscy przywódcy łudzą się, że nie stracą władzy politycznej, podobnie jak obecny (a własciwie były) prezydent Ukrainy, który z powodu konfliktu na czas nieokreślony zawiesił wybory parlamentarne. Recesja w strefie euro, która dopiero się zaczyna, może się tylko rozprzestrzenić, ponieważ biliony dolarów zostaną przeznaczone na zbrojenia i trwający konflikt, aby go podtrzymać. Jak się okaże, niezadowolenie zostanie stłumione, jeśli zajdzie taka potrzeba, stanem wojennym, tak jak dzieje się to obecnie na Ukrainie.

Być może doszliśmy do wniosku, że istnieje jeden powód autodestrukcyjnej woli politycznej Europy: zniszczenie dobrobytu jako cena za brak konieczności abdykacji, lub zaakceptowanie zwycięstwa Rosji, które „zadałoby śmiertelny cios UE”.

Może być jeszcze inny, głębszy powód: globalizacja kontra polityka narodowa. Być może najbardziej charakterystyczną cechą polityki Trumpa od czasu jego ostatniej kampanii wyborczej jest świadome i nieskrywane traktowanie amerykańskiego interesu narodowego (a przede wszystkim Izraela) jako nadrzędnego kryterium każdej decyzji, zarówno krajowej, jak i międzynarodowej. W tym sensie jesteśmy świadkami semantycznej i merytorycznej transformacji: od polityki typowo zachodniej do zdecydowanie i rygorystycznie amerykańsko - izraelskiej. Nie znaczy to, że poprzednia postawa charakteryzowała się szczególną życzliwością wobec Europy; zmieniła się jednak szczerość, z jaką ten prymat jest teraz otwarcie deklarowany , uwolniony od retorycznej zasłony multilateralizmu.

Jednocześnie ruchy polityczne otwarcie krytykujące Unię Europejską – w Polsce, Niemczech, Francji, Rumunii, na Węgrzech, a nawet w Wielkiej Brytanii, która właśnie opuściła UE – zdają się podążać tą samą ścieżką koncepcyjną: odzyskaniem interesów narodowych jako głównego kompasu działań politycznych. Unia Europejska, z kolei, wydaje się dążyć do innego celu, często rozbieżnego z interesami poszczególnych narodów: pogłębiania procesu globalizacji, paradygmatu, który w ubiegłym stuleciu przedstawiano jako nieuchronny los historii, a który dziś, nie bez ironii, wykazuje wyraźne oznaki strukturalnego kryzysu.

Wśród wielu organizacji, które uosabiały – i nadal uosabiają – horyzont globalistyczny, jest jedna, która wyróżnia się swoją nieprzejrzystością i niewidzialnością, częściowo dzięki wyjątkowemu i konsekwentnemu brakowi uwagi ze strony mediów głównego nurtu: Klub Bilderberg. Co ciekawe, choć nie bez znaczenia analitycznego, należy zauważyć, że od około roku przewodniczący komitetu sterującego nosi nazwisko Stoltenberg . 

Nie jest to, jak można by się łatwo domyślić, zwykły homonim. Jens Stoltenberg, norweski ekonomista i polityk, pełnił funkcję Sekretarza Generalnego NATO od 1 października 2014 roku do 1 października 2024 roku i publicznie oświadczył, że odrzuca rosyjskie żądania zapobieżenia inwazji na Ukrainę, formalnie zobowiązując się do nierozszerzania Sojuszu Atlantyckiego na wschód. „Jesienią 2021 roku prezydent Rosji Władimir Putin przesłał nam projekt traktatu: chciał, aby NATO podpisało zobowiązanie do nierozszerzania się dalej. Oczywiście, nie podpisaliśmy go”.

Z tego wynika, że ​​interpretacji, zgodnie z którą obecny konflikt można przynajmniej częściowo przypisać rozszerzeniu NATO do tego stopnia, że ​​– jak to się mówi – dotyka ono okien Kremla, nie można odrzucić jako zwykłej zachodniej, „putinowskiej” propagandy, skoro dynamikę tę otwarcie potwierdzają sami przywódcy Sojuszu.

Obraz ten wzbogacają jednak kolejne elementy. Klub Bilderberg, założony w 1954 roku przez Davida Rockefellera – członka jednej z najbogatszych i najbardziej wpływowych rodzin na świecie – regularnie gromadzi, w ściśle tajnych okolicznościach, elitarną grupę głów państw i rządów, ministrów, komisarzy europejskich, światowych liderów dziennikarstwa, prezesów największych korporacji międzynarodowych, dyrektorów wiodących światowych instytucji finansowych, naukowców, ekonomistów i wysokich rangą wojskowych. Spotkania odbywają się za zamkniętymi drzwiami i poza protokołem , w miejscach, gdzie oficjalne nagrywanie lub transkrypcja rozmów jest niedozwolona.

Podczas tych spotkań najbogatsi ludzie na świecie spotykają się z osobistościami publicznymi, które są dobrze znane opinii publicznej: tymi, którzy powinni reprezentować obywateli (politycy), informować ich (dyrektorzy mediów), bronić ich (dowódcy wojskowi) oraz ich finansować — lub zadłużać, w zależności od punktu widzenia — za pośrednictwem instytucji takich jak Rezerwa Federalna i Europejski Bank Centralny, które emitują pieniądz praktycznie bez kosztów dla emitenta, obarczając jednak społeczeństwo rosnącym ciężarem długu publicznego.

Być może najbardziej nietypowym i potencjalnie niepokojącym aspektem jest to, że te spotkania odbywają się w charakterze osobistym i nieformalnym , a nie w imieniu oficjalnych stanowisk. To rodzi obowiązek zachowania absolutnej tajemnicy: w odpowiedzi na bezpośrednie pytania goście są zobowiązani do nieujawniania treści, nazw ani dynamiki dyskusji, a nawet do bagatelizowania lub ukrywania ich obecności.

To właśnie w tych kontekstach, zdaniem wielu krytycznych obserwatorów, kształtuje się przyszły porządek świata: model społeczeństwa, który ma zostać wdrożony, i system wartości, którym powinien się inspirować. Jednak o tych spotkaniach nie piszą główne gazety ani nie pojawiają się w telewizyjnych programach informacyjnych; wręcz przeciwnie, dla dużej części społeczeństwa samo istnienie Grupy Bilderberg pozostaje nieznane.

Fakt, że najpotężniejsze grupy finansowe i przemysłowe na świecie systematycznie spotykają się w otoczeniu odpornym na jakąkolwiek formę kontroli publicznej, sam w sobie stanowiłby informację zasługującą na społeczne zaniepokojenie, gdyby był tak traktowany.

Kolejnym godnym uwagi wydarzeniem – również przyjętym z dużą dyskrecją medialną – jest nominacja Stoltenberga na wysokie stanowisko w Klubie, co rzuca światło na utrzymujące się trudności w osiągnięciu porozumienia pokojowego na froncie ukraińsko-rosyjskim. Obecny przywódca NATO jest zresztą stałym gościem spotkań Bilderberg i kluczową postacią dla grupy tzw. chętnych, czyli tych krajów europejskich, które popierają kontynuację konfliktu i z niemal rytualną ochotą spieszą z interwencją w Waszyngtonie za każdym razem, gdy pojawiają się próby dyplomatycznych zabiegów.

Coraz powszechniejszy konsensus społeczny wokół nacjonalistycznych sił politycznych w Europie i poza nią można odczytywać jako reakcję na programy postrzegane jako coraz bardziej odległe i trudne do przyjęcia przez społeczeństwa. Być może jest to oznaką powolnego, ale nieubłaganego upadku paradygmatu globalizmu, który przez dziesięciolecia wydawał się niepodważalny.

Ukraina jest ostatnio pogrążona w nieustającej burzy związanej z korupcją na najwyższych szczeblach, a ministrowie obecnego rządu pospiesznie podają się do dymisji po odkryciu działalności antykorupcyjnej służby wywiadowczej NABU, finansowanej przez Stany Zjednoczone w erze Bidena. Ale gdy Kijów płacze, Bruksela się nie śmieje.

Ostatnia publikacja autorstwa skruszonego lobbysty, obecnie obrońcy praw człowieka, Frédérica Baldana , zatytułowana "Ursula Gates: Von der Leyen i władza lobbystów w Brukseli", obnaża głęboko skorumpowaną strukturę Unii Europejskiej.

Według rewelacji tego kompetentnego i doświadczonego aktora komercyjnego w imieniu dużych podmiotów prywatnych, w Unii Europejskiej lobbyści piszą zasady, które następnie regulują ich własne sektory, co implikuje uprzywilejowany dostęp do decydentów politycznych i systematyczne wykluczanie obywateli. Korupcja ma charakter strukturalny, a przewodnicząca Von der Leyen jest opisywana jako niewybrana postać z wyjątkowymi uprawnieniami, ledwo rozliczalna z powodu centralizacji władzy w Komisji i stopniowego osłabiania Parlamentu Europejskiego od czasu zarządzania psychopandemią w 2020 roku. Brak odpowiedzialności politycznej jest potępiany; kryzys COVID był pretekstem do zawieszenia zasad, które, wykorzystując pilność, znalazły obejście, aby umożliwić korupcję na wszystkich szczeblach. Doprowadziło to do umów bez przetargów publicznych, tajemnic handlowych wykorzystywanych jako tarcza kryminalna i decyzji podjętych przez kilka osób, które wywołały skandal Pfizergate . Między Ursulą von der Leyen a Albertem Bourlą (prezesem Pfizera) doszło do wymiany SMS-ów, która doprowadziła do wielomilionowych przypadków korupcji i niewykrywalnych negocjacji wartych miliardy dolarów. Odmowa upublicznienia SMS-ów powinna była wywołać skandal medialny, gdyby były one wolne i niezależne od pewnych makroekonomów.

Naruszono wszystkie unijne zasady przejrzystości, aby ułatwić zawieranie umów faworyzujących korporacje międzynarodowe, tajnych, z klauzulami immunitetu dla firm farmaceutycznych, przerzucającymi odpowiedzialność na państwa i gwarantującymi zyski dla firm (prywatyzacja dochodów i uspołecznienie kosztów/odszkodowań). Co więcej, niedopuszczalność jakichkolwiek sankcji za nieskuteczność lub skutki uboczne została prewencyjnie zagwarantowana, w ogólnym kontekście, w którym Baldan opisuje operację jako wysoce sprzeczną z poszanowaniem praw człowieka. Polska ustawa gwarantująca bezkarność za wszelkie działania podczas "picdemii" jest tu doskonałym przykładem.

To właśnie te wartości Zachód deklaruje jako uniwersalizujące – i w imię których powołuje się na sankcje, wojny zastępcze, poświęcenia ekonomiczne i geopolityczną pedagogikę. Wartości te mają legitymizować moralną krucjatę przeciwko Rosji, winnej nie tylko naruszenia suwerenności Ukrainy, ale także złamania dogmatu o nieomylności Zachodu.

Mimo że Moskwa jest przedstawiana jako królestwo samowoli i korupcji, Bruksela coraz bardziej jawi się jako nieprzejrzysty dwór, gdzie władza jest skoncentrowana z dala od opinii publicznej, chroniona formalnościami, procedurami awaryjnymi i wzajemną zmową. Wojna przestaje więc przedstawiać się jako starcie wolności z tyranią, a przybiera znacznie mniej szlachetne kontury konfliktu między konkurującymi systemami władzy, z których każdy usiłuje ukryć swoje mroczne strony za językiem cnoty.

Być może to jest najbardziej niepokojący aspekt naszych czasów: nie istnienie propagandy – tak starej jak polityka – ale fakt, że Zachód wciąż ogłasza się uniwersalnym strażnikiem przejrzystości i praw, jednocześnie tolerując w swoim obrębie mechanizmy, które zdają się zaprzeczać tym właśnie zasadom. W ten sposób ogłoszone zwycięstwo nad Rosją pozostaje wiecznie bliskie, przywoływane jako historyczne odkupienie, które dopiero nastąpi, podczas gdy Europa, trawiona coraz bardziej oczywistymi sprzecznościami, zdaje się powoli tracić nie tylko swoją autonomię polityczną, ale nawet moralną wiarygodność, z jaką twierdzi, że osądza resztę świata.

Unia Europejska, mimo że powstała na gruncie, który dał początek klasycznej idei demokracji, coraz bardziej przypomina postpolityczną technokrację: biurokratyczną konstrukcję, która zachowuje pozory reprezentacji, stopniowo pozbawiając ją istoty, podporządkowaną interesom finansowym i przemysłowym, które górują nad wolą narodów europejskich i często otwarcie jej przeczą. 

Stany Zjednoczone ze swojej strony zdają się przechodzić przez moment, który Tukidydes uznałby za najgroźniejszy w dziejach schyłku hegemonii: kiedy strach przed redukcją rodzi systemową agresję, a utrzymanie dominacji jest realizowane poprzez wojny handlowe, konflikty zastępcze, sankcje eksterytorialne i strategiczne naciski na sojuszników. Imperium, jak to często bywa w historii, nadal posługuje się uniwersalnym językiem wolności, broniąc jednocześnie coraz bardziej partykularnych interesów. Rzym nazywał swoją hegemonię „pax” ; Waszyngton nadal nazywa porządek międzynarodowy tym, co coraz więcej narodów postrzega jako przymus.

W tym kontekście przywódcy, którzy nie podporządkowują się temu porządkowi – między innymi Putin i Łukaszenka – automatycznie stają się karykaturami wschodnich tyranów, a nawet ponoszą odpowiedzialność za kryzysy, które sam Zachód przyczynia się do tworzenia. Nie ma już rozróżnienia między analizą a demonizacją: ci, którzy sprzeciwiają się porządkowi atlantyckiemu, są wykluczani ze wspólnoty moralnej, jeszcze przed polityczną. To stary mechanizm kozła ofiarnego, przebrany w liberalno-demokratyczny język.

Administracje USA, podążają trajektorią opartą nie na sile prawa, lecz na prawie siły: eskalacja militarna, globalna polaryzacja, instrumentalne wykorzystywanie praw człowieka, destabilizacja regionów i ciągła presja ekonomiczna. Polityka zagraniczna coraz bardziej przypominała schyłkową erę wielkich mocarstw: obfite uzbrojenie, wiele moralnej retoryki i stale malejący realny potencjał hegemoniczny. Przypadek Wenezueli można interpretować jako sukces taktyczny; Iran natomiast pokazuje granice jednostronności, która spotyka się obecnie z rosnącym oporem w świecie coraz bardziej niechętnym do posłuszeństwa.

Dla Polski zatem kwestia ta staje się egzystencjalna, zanim jeszcze nabierze wymiaru dyplomatycznego. Rząd, który ogłasza się suwerenem i obrońcą interesów narodowych, powinien mieć odwagę prowadzić prawdziwie autonomiczną politykę zagraniczną, opartą na budowaniu mostów, a nie ideologicznych granic. Wznowienie dialogu ze światem rosyjskim – być może za pośrednictwem Białorusi, historycznie będącej skrzyżowaniem dróg między Wschodem a Zachodem – nie oznaczałoby wyrzeczenia się Europy, lecz raczej próbę uratowania jej przed jej własnym autodestrukcyjnym dryfem. Sojusz Atlantycki nie został przecież pomyślany jako więź wiecznej niewoli ani nieodwracalna rezygnacja z suwerenności narodowej.

Być może dotarliśmy do punktu, w którym Europa musi wybrać, czy pozostać jedynie wyrażeniem geograficznym czy wreszcie na nowo odkryć swoją własną wolę historyczną. Żadna cywilizacja bowiem nie upada wyłącznie z powodu siły swoich przeciwników: najpierw zanika wewnętrznie, gdy traci odwagę, by odróżniać interesy innych od własnego losu.

Pozostaje zatem nadzieja – być może ostatnia – że ktoś w kuluarach europejskiej i narodowej władzy zrozumie powagę obecnej epoki. Jeśli nie dzięki dalekowzroczności, to przynajmniej dzięki resztkowemu poczuciu odpowiedzialności, które każde pokolenie powinno pielęgnować wobec tych, którzy przyjdą po nim. Cywilizacje nie giną bowiem po prostu pod bombami: częściej powoli się rozpadają, ponieważ ich klasy rządzące nie potrafią rozpoznać czasu miary, granic i rzeczywistości.

Jarek Ruszkiewicz

-----------------------------------------------------------------------------

Jeśli doceniasz to co robię i uważasz, że to potrzebne możesz postawić małe piwo albo dużą kawę :)

Nie wpuszczam żadnych reklam, żebyś miał komfort czytania.

PL 07 1020 3352 0000 1602 0343 3562

Dopisek - "Wsparcie bloga"

Z góry dziękuję, Jarek Ruszkiewicz 


Komentarze