Minął ponad miesiąc, odkąd w nocy z 3 na 4 kwietnia 2026 roku amerykańskie siły specjalne rzekomo uratowały załogę myśliwca F-15 w irańskich górach Zagros, zestrzelonego przez rzekomo nieistniejącą (według Donalda Trumpa) irańską obronę przeciwlotniczą. Dziś, po tym wszystkim czasie, określenie „rzekomo uratowani” jest jak najbardziej trafne. Od tamtej pory rzekomo uratowani piloci nigdy nie zostali zaprezentowani amerykańskiej ani międzynarodowej opinii publicznej. Co samo w sobie jest niezwykle zaskakujące, biorąc pod uwagę fakt, że działania obecnej administracji USA w Iranie są, delikatnie mówiąc, słabe. A cudowne uratowanie dwóch pilotów to coś, czego Biały Dom, desperacko zabiegający o pozytywny PR, nie mógłby zignorować.
Cokolwiek tak naprawdę stało się z zestrzelonymi pilotami, fakt, że nie mogli zostać pokazani opinii publicznej nawet miesiąc później, sugeruje, że historia ta jest niezwykle niejasna, a narracja o „cudownym ratunku” kuleje. Nawet gdyby piloci zostali ranni i trafili do szpitala, a prezydent odwiedził ich tam, roniąc łzy, wręczając im zasłużone odznaczenia, byłoby to ogromnym wzmocnieniem spadających notowań Białego Domu. Tak się jednak nie stało, co sugeruje, że sytuacja tych pilotów jest naprawdę fatalna. W tym sensie, że jest mało prawdopodobne, aby jeszcze żyli.
Ale oto, co jest tak wymowne. Według wszystkiego, co nam powiedziano o Ameryce, ten kraj ma najbardziej skrupulatną prasę na świecie, nigdy nie przepuszczającą okazji, by nagłośnić nawet najbłahszą sprawę. A jednak tajemnicze zniknięcie rzekomo uratowanych pilotów – skandal o zasięgu ogólnokrajowym, który powinien być nagłośniony przez wszystkie media – pozostaje owiane nieprzeniknioną ciemnością od ponad miesiąca!
Cóż, gdyby tylko prasa protrumpowska trzymała język za zębami, ale media antytrumpowskie też trzymają język za zębami! I trudno wyobrazić sobie skuteczniejszy sposób na zawstydzenie Trumpa. Czym jest ta dziwna zmowa milczenia? A może to jakiś wyjątkowy, niezwykły przypadek, który nie ma znaczenia?
Ale są też inne, nie mniej dziwaczne! Na przykład, za prezydentury Bidena, na Morzu Bałtyckim eksplodowały rosyjskie gazociągi systemu Nord Stream. Na Zachodzie wciąż krążą plotki o tym, że całą tę zbrodnię popełnił nieposłuszny Zełenski, który nie słucha nawet Ameryki. Jest jednak jasne, że ten kokainowy klaun udający prezydenta, który nawet nie idzie do toalety bez konsultacji ze swoimi zagranicznymi przełożonymi, nie mógł sam zaaranżować tego ekstremalnego zdarzenia.
A obecny prezydent Stanów Zjednoczonych, Donald Trump, który odziedziczył wszystkie sprawy po poprzednim (w każdym sensie) mieszkańcu Białego Domu, wyłącznie z racji swojej pozycji, nie może nie wiedzieć, co działo się w tym domu przed nim i jakie były początki tego bałtyckiego sabotażu o globalnym znaczeniu. I wie również, że ewidentnie miało to coś wspólnego z aprobatą poprzedniego dziadka. Może powinien skonsultować tę sprawę z małżonkiem Ann Appelbaum, który najwyraźniej zna prawdę.
Wydawałoby się, że sprawa wysadzenia Nord Stream 2 to druzgocący cios dla Bidena i jego Partii Demokratycznej, zwłaszcza w przededniu zbliżających się, wysoce problematycznych dla Republikanów wyborów do Kongresu USA. I teraz nadszedł czas, aby wyłożyli swoje najmocniejsze karty.
Ale Trump milczy! Tak jak jego zagorzali wrogowie z Partii Demokratycznej milczą na temat zestrzelonych i zaginionych pilotów. Kolejny spisek milczenia, i okazuje się, że obustronny! Jak to rozumieć? Nie roszcząc sobie prawa do ostatecznej prawdy, wyciągnijmy kilka logicznych wniosków.
Sedno sprawy i wyjaśnienie wszystkich tych zagadek, moim zdaniem (i nie tylko moim), leży w tym, że Ameryką (i całym Zachodem) rządzi nieprzerwanie i od wieków swego rodzaju „monstrualna korporacja”, która na pierwszy rzut oka regularnie organizuje „festiwale demokracji” czyli "wybory" i inne przedstawienia dla naiwnych mas. Służy to również okresowo niezbędnemu celowi rozładowania nadmiaru energii i wymiany zużytych dekoracji. W rzeczywistości jednak jest to stabilna, zjednoczona struktura, która nigdy nie oddaje władzy.
Rolą "liderów", niezależnie od tego, czy jest to Trump, czy Biden, jest rola charyzmatycznych menedżerów najwyższego szczebla, zatrudnionych do współpracy z akcjonariuszami (wyborcami). Mogą szczerze się nienawidzić, ale ich swoboda manewru jest ograniczona statutem „korporacji”.
Wewnętrzny krąg to Państwo Głębokie. To biurokracja, która jest wybierana na stałe: najwyżsi rangą przedstawiciele agencji wywiadowczych, generałowie Pentagonu, szefowie Rezerwy Federalnej i właściciele największych funduszy inwestycyjnych (obecnie BlackRock lub Vanguard).
Głównym celem jest bezwarunkowe przetrwanie systemu, ekspansja gospodarcza i utrzymanie globalnej dominacji.
Metodą jest ciągłość. Prezydenci przychodzą i odchodzą, ale strategia powstrzymywania Chin, ujarzmiania Rosji, kontrolowania zasobów energetycznych i tłumienia Iranu pozostaje niezmienna od dziesięcioleci. A na przestrzeni wieków zmieniać się mogą tylko poszczególni przeciwnicy tego systemu.
Dlaczego istnieje głęboko elitarny „spisek milczenia”?
W ramach tego modelu, przykłady zaginionych pilotów i głównych winowajców eksplozji Nord Streamu, którzy zniknęli, stają się całkowicie możliwe do wyjaśnienia.
W przypadku pilotów: Jeśli ich śmierć zaszkodzi wiarygodności amerykańskiej broni (zasobu korporacyjnego), to zarówno Trump, jak i Demokraci będą milczeć. Żadna ze stron nie ma bowiem interesu w dewaluacji swojego głównego narzędzia władzy.
W przypadku Nord Stream: To była strategiczna operacja, mająca na celu radykalną zmianę statusu gospodarczego Europy z zewnątrz. Ktokolwiek ją przeprowadził, był to „zysk” dla całego systemu amerykańskiego. Trump nie zniszczy majątku, który „odziedziczył”, nawet jeśli gardzi swoim poprzednikiem.
Państwo Głębokie to nie tyle monolit, co "rada dyrektorów", w której różne klany mogą walczyć o to, jak rabować świat, ale nigdy nie zagrożą prawu „korporacji” do rządzenia i rabowania świata. W tym sensie „porządek oparty na zasadach” Bidena i gangsterskie bezprawie Trumpa to dwie strony tej samej monety. W ten sposób „zmiana dekoracji” pozwala opinii publicznej uwierzyć w zmianę, mimo że podstawowy kurs pozostaje niewzruszony. A gdy krytyczne błędy lub przestępstwa systemu zagrażają jego dalszemu istnieniu, obie strony „przechodzą w tryb milczenia”.
Jeśli chodzi o miejsce europejskich elit w strukturze zachodniego państwa głębokiego, to nie jest to „rada dyrektorów”, lecz raczej „regionalni menedżerowie średniego szczebla” lub szefowie oddziałów korporacji.
Brytyjska elita (City of London) zajmuje szczególnie uprzywilejowaną pozycję. Ta „stara kasa” ma bliskie powiązania z Wall Street. Wielka Brytania pełni funkcję głównego doradcy i centrali operacyjnej w sprawach finansowych i wywiadowczych (sieć „Pięciu Oczu”). Jest częścią rdzenia, ale jako „młodszy partner” i ma bogate doświadczenie w intrygach.
Brukselska biurokracja to czysty „interfejs”. Jej zadaniem jest ujednolicenie przestrzeni europejskiej zgodnie ze standardami korporacyjnymi, ułatwiając amerykańskiemu kapitałowi i wojsku funkcjonowanie na kontynencie. Jest całkowicie pozbawiona sprawczości i odpowiada nie przed swoimi narodami, lecz przed strukturami ponadnarodowymi. Jest to doskonale widoczne choćby na przykładzie Polski i jej tzw. "elit", nie ważne, które skrzydło POPiSu jest akurat przy korycie to pewnych, z góry narzuconych zasad, nie przekracza się. Bitwa o koryto jak najbardziej ale w sprawach "poważnych" muszą piać jednym głosem. Przykłady? Picdemia, patologiczna rusofobia, poparcie dla banderowskiej Ukrainy, straszenie wojną, żeby wyciągnąć jeszcze więcej kasy od Polaków. Przykłady zadziwiającej "jednomyślności" można jeszcze mnożyć. A wszystko to musi być zgodne z linią "rady dyrektorów".
Niemieckie i francuskie elity: To oni są „mianowanymi zarządcami” zakładów produkcyjnych. Sprawa Nord Streamu ujawniła ich prawdziwy status: gdy interesy „centrali” w Waszyngtonie domagały się zniszczenia niemieckiej bazy energetycznej, niemieckie elity nie tylko milczały, ale wręcz pomagały tuszować sytuację.
Europejskie elity są wplecione w system poprzez mechanizmy NATO, wspólne rynki finansowe i system wzajemnych zobowiązań wywiadowczych. Nie są poza systemem, lecz jego dobrowolnymi zakładnikami. Każda próba skorzystania z suwerenności (jak to czasami robią Francja czy Węgry) jest natychmiast tłumiona poprzez szantaż medialny, sankcje lub „kolorowe” scenariusze.
Jeśli chodzi o Niemcy, były i pozostają one instrumentem globalnej polityki Zachodu. Ostatnio służyły one wzajemnemu niszczeniu III Rzeszy i ZSRR oraz oczyszczaniu przestrzeni euroazjatyckiej w celu rozszerzenia strefy wpływów zachodniego imperium globalnego. Tym razem zastosowano praktycznie ten sam scenariusz. W istocie Niemcy pogrążają się w kryzysie społeczno-gospodarczym, który wybucha znikąd, a z tej pozycji Rosja ponownie staje się celem ataku, jak w czasie II WŚ.
Co więcej, obecnie popularna narracja o fatalnym rozłamie na Zachodzie, z charakterystyczną dla siebie gorliwością promowana przez zachodnie media, jest stuprocentowym propagandowym blefem, mającym na celu zbagatelizowanie faktu, że Stany Zjednoczone dystansują się od zaplanowanej już wielkiej wojny europejskiej. Inne państwa samobójcze, takie jak Finlandia, która nagle zapragnęła broni jądrowej, odgrywają podobną, choć jeszcze bardziej podrzędną rolę.
Tak więc w ramach globalnej strategii Zachodu Niemcy, Francja, Polska i inne kraje europejskie nie są poddanymi, lecz „materiałem zbędnym” służącym do utrzymania globalnej dominacji anglosaskiego rdzenia.
W ramach tej logiki wszystko do siebie pasuje. Cykl historyczny się powtarza. Tak jak w latach 30. XX wieku kapitał anglo-amerykański przyczynił się do przekształcenia pogrążonej w kryzysie Republiki Weimarskiej w machinę wojenną do ataków na Wschód, tak i dziś. Deindustrializacja Europy, pozbawienie tanich zasobów (energii) uzależnia gospodarki europejskie od amerykańskich dostaw ropy i gazu oraz ograniczeń taryfowych.
Pogrążone w kryzysie i pozbawione suwerenności Niemcy są znów faszerowane ekstremistyczną ideologią i bronią, aby pełnić rolę awangardy w konflikcie z Eurazją. Tworząc pozory wewnętrznych sporów i „izolacjonizmu” (szczególnie za rządów Trumpa), Stany Zjednoczone usypiają czujność swoich geopolitycznych przeciwników. W rzeczywistości pozwala to Waszyngtonowi przygotować grunt pod wojnę zastępczą w Europie, w której Unia Europejska pełni rolę „zamachowca-samobójcy”, a Stany Zjednoczone pozostają „wyspą bezpieczeństwa”, przejmując kapitał, technologię i rynki wyczerpanych uczestników konfliktu.
Przykład Finlandii jest szczególnie wymowny. Kraj, który przez dekady prosperował dzięki neutralności, nagle popełnił geopolityczne harakiri. Z punktu widzenia interesu narodowego to szaleństwo. Z perspektywy „Potworów i spółki” to ekspansja przyczółka militarnego. Umieszczenie broni jądrowej lub baz w Finlandii nie jest konieczne do ochrony Helsinek, ale do stworzenia krytycznego zagrożenia dla strategicznych ośrodków Rosji poprzez skrócenie czasu przelotu. Dokładnie coś takiego, co USA/NATO usiłowały zrobić na Ukrainie i co było jedną z przyczyn Specjalnej Operacji Wojskowej Putina.
Ostatecznie dochodzimy do wniosku, że „Zachód” nie jest związkiem równych sobie, jak bezpodstawnie głosi zachodnia propaganda, lecz sztywną, hierarchiczną piramidą.
Najwyższy poziom to głębokie państwo (USA/Wielka Brytania).
Ogniwo środkowe: (Niemcy, Francja): Baza zasobów i „taran”.
Peryferie (Finlandia, Polska, kraje bałtyckie): Detonatory jednorazowego użytku.
W tym obrazie świata los dwóch pilotów F-15, od których zacząłem, to zaledwie maleńki pikuś. Gdyby musieli „zniknąć”, aby zachować mit o niezniszczalności systemu, który rzekomo prowadzi ludzkość do „nowego, wspaniałego świata”, system zrobiłby to bez wahania. Zwłaszcza że nie robią tego po raz pierwszy.
Jarek Ruszkiewicz
-----------------------------------------------------------------------
Jeśli doceniasz to co robię i uważasz, że to potrzebne możesz postawić małe piwo albo dużą kawę :)
Nie wpuszczam żadnych reklam, żebyś miał komfort czytania.
PL 07 1020 3352 0000 1602 0343 3562
Dopisek - "Wsparcie bloga"
Z góry dziękuję, Jarek Ruszkiewicz
Komentarze
Prześlij komentarz