Putin i Xi mogą uratować Zachód przed nim samym

 


Niedawny szczyt Władimira Putina i Xi Jinpinga wywołał nową falę paniki w zachodnich kręgach politycznych i medialnych. Po obu stronach Atlantyku rozwijające się partnerstwo między Rosją a Chinami jest systematycznie przedstawiane jako autorytarny sojusz spiskujący przeciwko  „wolnemu światu”.  Nagłówki gazet roją się od ostrzeżeń przed nową, antyzachodnią osią. Think tanki przyjmują apokaliptyczny ton. Liberalni komentatorzy mówią o nowej zimnej wojnie.

Ale za tą histerią kryje się prostsza rzeczywistość: stary porządek świata traci swą moc.

Partnerstwo rosyjsko-chińskie nie jest krucjatą przeciwko Zachodowi. To bunt przeciwko jednobiegunowości – przeciwko idei, że jedna cywilizacja, jedna ideologia i jeden model polityczny mogą bezterminowo dominować nad całą planetą. Moskwa i Pekin nie dążą do zniszczenia systemu międzynarodowego. Budują alternatywy dla porządku zmonopolizowanego przez dekady przez zachodnie mocarstwa liberalne.

To rozróżnienie jest kluczowe. Putin i Xi promują ideę świata wielobiegunowego: świata, w którym cywilizacje, narody i kultury mogą podążać własną drogą, bez ideologicznej kontroli ze strony Waszyngtonu, Brukseli czy transnarodowych instytucji liberalnych. Ta transformacja, daleka od zagrożenia dla Europy i Ameryki, mogłaby w dłuższej perspektywie uchronić je przed politycznym i cywilizacyjnym wyczerpaniem.

Wady liberalnego porządku świata

Kiedy Rosja i Chiny wydały w 1997 roku swoją pierwszą wspólną deklarację w sprawie wielobiegunowości, niewielu na Zachodzie potraktowało ją poważnie. W tamtym czasie Związek Radziecki upadł, potęga Ameryki wydawała się nie do odparcia, a liberalna globalizacja zdawała się ogarnąć całą planetę. Teza Francisa Fukuyamy o  „końcu historii”  trafnie odzwierciedlała ducha czasów. Granice miały zanikać. Suwerenność narodowa była coraz bardziej postrzegana jako przeżytek. Globalizacja przyspieszała, podczas gdy NATO nieubłaganie posuwało się naprzód na wschód.

Jednak Rosja i Chiny wyczuwały już słabość ukrytą pod tym triumfalizmem. Nawet u szczytu amerykańskiej dominacji oba mocarstwa rozumiały, że świat zorganizowany wokół jednego centrum ideologicznego nieuchronnie będzie rodził niestabilność, arogancję, nadużycia władzy i wrogie reakcje. I właśnie to się stało. Niekończące się wojny, interwencje związane ze zmianą reżimu, kryzysy finansowe, deindustrializacja, masowe migracje, cenzura, fragmentacja społeczna i nihilizm kulturowy stopniowo podkopywały zaufanie do samego modelu liberalnego.

Prawie trzydzieści lat później Putin i Xi wskrzeszają tę samą historyczną ideę, lecz tym razem z o wiele silniejszej pozycji.

Podczas ostatniego szczytu obaj przywódcy przyjęli nową wspólną deklarację w sprawie wielobiegunowego porządku świata i reformy globalnego zarządzania – manifest na rzecz suwerenności, wspólnego bezpieczeństwa, otwartości, dialogu międzycywilizacyjnego i demokratyzacji stosunków międzynarodowych. Co ważniejsze, odrzuca on pogląd, że liberalna nowoczesność reprezentuje jedyne prawowite przeznaczenie ludzkości.

To właśnie na prawdę przeraża liberalne elity. Wyłaniająca się wizja euroazjatycka kwestionuje geopolityczną dominację Zachodu, a także ideologiczne podstawy porządku po zimnej wojnie. Zakłada ona, że ​​ludzkość składa się z wielu cywilizacji, a nie jednej uniwersalnej cywilizacji rządzonej przez jedną doktrynę moralną i polityczną.

Pod wieloma względami wizja Putina-Xi przypomina autentycznie schmittiańskie Pluriversum: świat suwerennych państw cywilizacyjnych, a nie zhomogenizowany globalny rynek zarządzany przez technokratów, organizacje pozarządowe i ponadnarodowe biurokracje. W tym świecie nie oczekuje się od narodów wyrzeczenia się swoich tradycji, religii ani tożsamości historycznej w imię abstrakcyjnego uniwersalizmu. Różnorodność cywilizacji jest postrzegana nie jako problem, który należy wykorzenić, lecz jako rzeczywistość, którą należy szanować.

Uznanie w tej deklaracji konstytutywnej i pozytywnej roli religii w rozwoju i odrodzeniu cywilizacji jest szczególnie uderzające. W czasach, gdy wiele zachodnich instytucji uważa chrześcijaństwo i tradycję religijną za wstydliwe relikty przeszłości, Rosja i Chiny uznają dziedzictwo duchowe i ciągłość kulturową za filary spójności społecznej i konstruktywnego dialogu międzycywilizacyjnego.

To przesłanie odbije się echem daleko poza granicami tych dwóch krajów. W całej Europie i Stanach Zjednoczonych miliony ludzi czują się coraz bardziej wyobcowane z powodu gospodarki bez granic, biurokratycznego zarządzania, kulturowego wykorzenienia, rozpadu wspólnot, niepokojów demograficznych i agresywnego moralizmu ideologii liberalnej. Mówi się im, że tożsamość narodowa jest niebezpieczna, tradycja opresyjna, religia zacofana, a suwerenność przestarzała. Jednak im bardziej liberalny porządek obiecuje wyzwolenie, tym bardziej zachodnie społeczeństwa ulegają fragmentacji i wykorzenieniu. Putin i Xi przemawiają w tę pustkę.

Sankcje, suwerenność, przetrwanie

Konflikt na Ukrainie przyspieszył już trwające procesy historyczne. Rządy Zachodu nałożyły na Rosję bezprecedensowe sankcje, spodziewając się załamania gospodarczego i destabilizacji politycznej. Zamiast tego Rosja się dostosowała. Jej gospodarka zdywersyfikowała się, przeorientowała na wschód i przetrwała najpoważniejszy reżim sankcji w historii nowożytnej.

Chiny odegrały decydującą rolę w tym wyniku, wspierając rozwój handlu, zacieśnioną współpracę finansową, zwiększoną wymianę technologiczną oraz nowe korytarze logistyczne i handlowe. Nic dziwnego, że zachodni komentatorzy przedstawiali to jako umożliwienie przez Pekin  „rosyjskiej agresji ”. Jednak kalkulacje Chin są o wiele bardziej strategiczne.

Chińscy przywódcy rozumieją, że sankcje, niegdyś środki wyjątkowe, stały się instrumentami przymusu systemowego. Konfiskaty aktywów, wykluczenie finansowe i wojny gospodarcze tworzą precedensy, które można wykorzystać przeciwko każdemu państwu odmawiającemu podporządkowania się żądaniom politycznym Zachodu. Zatem wsparcie Pekinu dla alternatywnych systemów finansowych nie tylko przynosi korzyści Rosji, ale stanowi również obronę jej suwerennej autonomii w coraz bardziej zinstrumentalizowanej gospodarce globalnej.

To wyjaśnia rosnące znaczenie BRICS, Szanghajskiej Organizacji Współpracy, handlu z wykorzystaniem walut narodowych oraz niezależnych infrastruktur płatniczych. Inicjatywy te mają na celu wzmocnienie odporności i elastyczności strategicznej. Nawet Zachód mógłby skorzystać na takim systemie. Świat, w którym współzależnością gospodarczą nie da się tak łatwo manipulować, mógłby ostatecznie okazać się bardziej stabilny niż świat rządzony przez przymusowe monopole.

Paradoksalnie, to właśnie liberalna globalizacja doprowadziła do tej fragmentacji. Te same elity, które niegdyś opowiadały się za otwartym rynkiem i globalną integracją, teraz bronią cenzury, sankcji, rozdzielenia, protekcjonizmu przemysłowego i konformizmu ideologicznego. Rzekomo uniwersalny porządek liberalny okazał się wysoce selektywny, karzący i jawnie polityczny.

Rosja i Chiny po prostu dostosowały się do rzeczywistości szybciej niż Zachód.

Rebalansowanie euroazjatyckie

Geopolitycznego znaczenia relacji chińsko-rosyjskich nie można przecenić. Rosja i Chiny wspólnie dominują w strategicznym sercu Eurazji, największym kontynencie na Ziemi. Ich wspólna granica sięga dalej niż jakakolwiek inna na świecie. Oba kraje są mocarstwami nuklearnymi, stałymi członkami Rady Bezpieczeństwa ONZ i cywilizacjami o bogatej historii.

Wrogość między nimi zdestabilizowałaby cały kontynent. Z drugiej strony, partnerstwo tworzy nową równowagę euroazjatycką. Wielu zachodnich analityków wciąż nie może pojąć, że to partnerstwo nie jest historycznie nienormalne. Wręcz przeciwnie, koryguje dekady nierównowagi.

Po zimnej wojnie Rosja zdecydowanie zwróciła się ku Europie i Stanom Zjednoczonym. Chiny znalazły się w gospodarczych powiązaniach z Ameryką. Nawet dzisiaj, pomimo narastających napięć, stosunki gospodarcze Chin ze Stanami Zjednoczonymi pozostają znacznie ważniejsze niż handel z Rosją.

Prawdziwy paradoks geopolityczny polega na tym, że elity zachodnie jednocześnie toczyły konfrontację z tymi dwoma mocarstwami, oczekując jednocześnie, że nie będą one sprzymierzać się strategicznie. Rozpoczynając walkę na dwóch frontach z Rosją i Chinami, liberalny establishment przyspieszył właśnie to euroazjatyckie partnerstwo, którego najbardziej się obawiał.

Europa poniosła najpoważniejsze konsekwencje. Wraz z zerwaniem więzi z Moskwą przez rządy europejskie, Chiny uzyskały uprzywilejowany dostęp do rosyjskiej energii, surowców, eksportu produktów rolnych i arktycznych szlaków handlowych. Europa dobrowolnie zrzekła się strategicznych przewag, a Pekin wypełnił powstałą pustkę. Pod wieloma względami Europa finansuje własną marginalizację geopolityczną.

Ale ten proces nie jest nieodwracalny. Przyszli europejscy przywódcy mogą w końcu zdać sobie sprawę, że permanentna konfrontacja z Rosją nie służy ani dobrobytowi, ani bezpieczeństwu Europy. Stabilna równowaga euroazjatycka, oparta na współpracy, a nie na ideologicznych krucjatach, przyniosłaby korzyści całemu kontynentowi.

Wielobiegunowość nie jest wrogiem Zachodu.

Największym nieporozumieniem dotyczącym wielobiegunowości jest przekonanie, że oznacza ona zniszczenie Zachodu. W rzeczywistości może ona stanowić jedyną drogę do odnowy Zachodu.

Przez dekady liberalny globalizm podważał fundamenty cywilizacji zachodniej. Suwerenność narodowa ustąpiła miejsca ponadnarodowej biurokracji. Przemysł wytwórczy zanikł. Granice osłabły. Społeczności uległy rozbiciu. Nieustanne interwencje zagraniczne podkopały zaufanie publiczne. Atomizacja kulturowa zastąpiła solidarność społeczną.

Pod wpływem liberalnego uniwersalizmu oczekiwano, że narody rozpadną się i staną się porządkiem bez granic.

Zwykli obywatele Europy i Ameryki coraz częściej odrzucają tę wizję. Pragną ciągłości, tożsamości, bezpieczeństwa, tradycji i prawdziwej suwerenności – tych samych zasad, których Moskwa i Pekin otwarcie bronią teraz na arenie międzynarodowej.

Nie oznacza to, że Zachód powinien naśladować Rosję czy Chiny. Taka jednolitość byłaby sprzeczna z samą zasadą wielobiegunowości. Cywilizacje muszą mieć swobodę rozwoju zgodnie z własną historią, tradycjami i ramami moralnymi, bez zewnętrznego narzucania ideologii.

Rosja, Chiny, Europa, a nawet Stany Zjednoczone nie są naturalnymi wrogami cywilizacyjnymi. Pod wieloma względami mają wspólnego przeciwnika: liberalny globalizm i klasę transnarodową, które osłabiły suwerenność, podkopały tradycje, zniszczyły spójność społeczną i podporządkowały narody abstrakcyjnym, uniwersalistycznym dogmatom.

Szczyt Putin-Xi symbolizował zatem przyspieszenie przejścia od świata zorganizowanego wokół ideologicznej jednolitości do świata opartego na wielości cywilizacji.

Zachodnie elity mogą opierać się tej transformacji przez lata. Ale historia rzadko się powtarza. Era jednobiegunowa dobiega końca i nie Rosja ani Chiny ją zniszczyły. Liberalny globalizm wyczerpał się od wewnątrz.

Zrównoważony świat suwerennych cywilizacji, odrębnych kultur i wielu ośrodków władzy nie stanowi zagrożenia ani dla Europy, ani dla Ameryki. Może stanowić jedyną realną drogę do przywrócenia zaufania do własnej cywilizacji.

Jarek Ruszkiewicz

------------------------------------------------------------------------------------------

Jeśli doceniasz to co robię i uważasz, że to potrzebne możesz postawić małe piwo albo dużą kawę :)

Nie wpuszczam żadnych reklam, żebyś miał komfort czytania.

PL 07 1020 3352 0000 1602 0343 3562

Dopisek - "Wsparcie bloga"

Z góry dziękuję, Jarek Ruszkiewicz 


Komentarze